Paradoksem klubowych wędrówek jest to że najrzadziej odbywają się one w sezonie 
letnim gdy klubowicze wybierają się z rodzinami na urlopy- nasi najcześciej w góry- 
a jeśli już dochodzi do wycieczek to w nader ograniczonym składzie. Dokumentujemy 
je jednak aby pokazać, że ci którzy zostali w Słupsku nie leżą brzuchem do góry w 
domu czy na plaży lecz kontynuują tradycję- a taką tradycją u nas był udział w 
święcie MB Zielnej w Swołowie. Wszyscy wiemy że budowana droga ekspresowa przecięła 
wiele szlaków w tym i rowerowy z Sycewic, co powoduje konieczność długiego obchodzenia. 
Dlatego Andrzej i Mecenas- mając dodatkowo na uwadze zapowiadane wysokie temperatury- 
postanowili po prostu do Swołowa dojechać autobusem. Oczywistym było, że do Swołowa 
wybieramy się nie po to by poznawać okolice, bo je doskonale znamy, ale by nabyć 
regionalne produkty, z reguły ''eliksiry'' druida Panoramixa.. Od razu zaznaczmy 
iż druid Maciej ostatnio zajmował się Głównie pszczelarstwem i nie nastawił
aparatury.. Jednak ''audaces fortuna iuwat''. Ze Słupska wyjechaliśmy autobusem o 
godzinie 8.30 w składzie Andrzej, Mecenas, Ania ''Radziwonka'' z Olkiem, poniewczasie 
zastanawiając się czy nie wyjechaliśmy za wcześnie. W Swołowie okazało się jednak, 
że gościnny Jacek, właściciel gospody zaprosił nas do środka i wiedząc o tym, że 
druid Maciej nie dysponuje eliksirem sam podarował nam flaszę- i to wyjątkowej mocy- 
napoju. Powoli otwierały się stoiska na terenie Zagrody Albrechta, gdzie dokonaliśmy 
stosownych zakupów- wędliny, sery i miody- zaś miłą niespodzianką było to, że Maciej 
jednak coś tam dla nas miał. Ze Swołowa mieliśmy wracać po 12ej ale autobus dojeżdżając 
do Swołowa ''zagotował się'' więc musieliśmy czekać na następny.. 

W sobotę, w ramach kolejnej tradycji, ale mając też na uwadze zapowiadany wysyp grzybów, 
na prośbę Ani, która jest zapaloną grzybiarką, Mecenas zaplanował wyjazd nad jezioro o 
ciekawej nazwie ''Wódka'' gdzie już kilka razy byliśmy. Sobota już nie była tak upalna, 
zaś ranek jeszcze był pochmurny. Andrzej niestety nie mógł pojechać gdyż wspólnie z Ulą 
szykował się do wyjazdu w góry, więc Meckowi było bardzo smutno i sam musiał się 
pocieszać, ale nie za bardzo bo przecież był on przewodnikiem. Trasa była tradycyjna- 
z Trzebielina przez Dolno, Glewnik /gdzie jak zwykle był postój pod wiatami nad rzeczką 
Pokrzywna/ i lasy. Grzybów było owszem dużo ale w większości robaczywych nadto- mimo 
deszczowego lipca- wysuszonych. Nad jeziorem Wódka dosyć silnie dokuczał chłodny wiatr, 
co nie przeszkodziło jednak Meckowi i Olkowi w kąpieli. Po kilku godzinach musieliśmy 
wracać, a za Glewnikiem Ania zadzwoniła do swojego Jarka który odebrał nas samochodem z 
Dolna i zawíózł do Słupska..