Data: 13.01.2024r
Trasa: Łeba dworzec- czerwonym szlakiem- Rąbka- czarnym szlakiem- brzeg morza-
ujście rzeki Łeby- Łeba miasto- Łeba dworzec 10 km
Prowadzący trasę: Marek Janusewicz
Liczba uczestników: 13
Jak wszyscy pamiętają, co roku w styczniu jeździliśmy do Ustki by idąc brzegiem
morza do Orzechowa obejrzeć skutki zimowych sztormów na klifowych zboczach.
Ponieważ jednak niedawno PKS reaktywował kursy do Łeby /a także do Czarnej
Dąbrówki i Maleńca- tam wybierzemy się wiosną/ postanowiliśmy tym razem wybrać się
właśnie tam. Wprawdzie w Łebie każdy z nas był wiele razy ale bardzo rzadko w
zimie- dlatego też, mimo niezbyt ciekawej pogody, o czym mowa będzie niżej-
frekwencja na wędrówce była dość liczna. Ze Słupska autobusem PKS o godzinie 8.00
wyjechała ekipa w składzie- Marcel, Mecenas, kapitan Halszka, Maryla, Halinka,
Ewa oraz Andrzej do których po drodze dosiadł się Krzysiek zaś w Główczycach
Marek z Tereską i koleżanką z klubu ''Atanda''. W Łebie na dworcu czekał na nich
Stary traper ''Jurencjo'' z Redy który do Lęborka dojechał pociągiem a stamtąd
do Łeby busem. Wszyscy udaliśmy się czerwonym szlakiem przez mierzeję w stronę
Łąckiej Góry- latem wędrują tam tłumy ludzi, my spotkaliśmy po drodze tylko
kilka osób.. Jak wspomniano wcześniej- pogoda nie sprzyjała spacerom bo to i
wiatr i śnieg- mieliśmy nadzieję że w Rąbce znajdziemy jakąś zaciszną wiatę..
Przed Rąbką zaszliśmy obejrzeć stary cmentarzyk poewangelicki położony na
wzniesieniu w lesie, zaś w samej Rąbce oczywiście należało wejść na wieżę
widokową by obejrzeć z góry jezioro Łebsko skute lodem. Większość z nas została
na dole z uwagi na silny wiatr ale Marcel, Andrzej i Mecenas solidnie
pokrzepiwszy się samorobnym napojem spędzili na górze pewien czas. Po odpoczynku
zeszliśmy z czerwonego szlaku skręcając na czarny szlak przecinający mierzeję.
Tam, tuż przed zejściem na plażę wreszcie napotkaliśmy wymarzoną wiatę- choć
niewielką to warto było tam zasiąść, bo i czasu mieliśmy sporo, a nadto potem
już cały czas Mieliśmy iść plażą gdzie trudno znaleźć zaciszne miejsce..
Powodzeniem na postoju- poza kawą i herbatą- cieszyły się małe suszone rybki-
seradele pacyficzne- które z uwagi na ostry, słony smak zostały nazwane
''smuggelssonami'' /od jarla Martina Smuggelssona zwanego ''słonym jarlem'' z
racji zamiłowania do słonych potraw/. W końcu zeszliśmy na plażę.. Wprawdzie w
okolicach Łeby nie ma takiego klifowego wybrzeża jak na wschód od Ustki ale i
tak znać było skutki morskich fal. Piaszczysty brzeg został podmyty i powstały
swoiste klify, dobrze ,że ktoś wydeptał ścieżkę, bo musielibyśmy skakać. Od tej
pory wędrówka stała się przyjemna bo wiatr wiał w plecy a piaszczyste podłoże-
twarde i ubite.. Nasz ''peleton'' się rozciągnął, jako pierwszy oczywiście szedł
Krzysiek /dodajmy że nie wracał z nami bo postanowił pójść.. żółtym szlakiem do
Izbicy a stamtąd do Główczyc to ponad 20 km!/ a za nim Jurencjo /musiał wyjechać
wcześniej by zdążyć na pociąg/. Reszta raz szybciej raz wolniej podążała w stronę
ujścia kanału Portowego rzeki Łeby by przed nim skręcić na marinę. Pogoda się
radykalnie pogorszyła, wcześniej co prawda posypywało śniegiem ale teraz zaczął
padać dość rzęsisty deszcz. Udaliśmy się zatem do centrum Łeby aby zasiąść w
jakiejś knajpie na zupę rybną, poza Andrzejem i Meckiem którzy postanowili kupić
pamiątki znad morza dla swoich wnuczek. Okazało się, że właściciel sklepu- pan
Krzysztof był nader gościnny gdyż sowicie częstował swojskimi nalewkami- nie dziwi
zatem że dwójka kumpli spędziła w tym sklepie wiele czasu, a gdy w końcu wyszli
wprost na ulewę- byli szczęśliwi a i deszcz im nie przeszkadzał.. Na przystanku
dołączyła do nich reszta uczestników a szeroki uśmiech Marka świadczył że po zupie
rybnej i on zaszedł do sklepu pana Krzysztofa.. Do Słupska odjechaliśmy autobusem o
godzinie 15-ej, zmoczeni, zmarznięci ale szczęśliwi..