Data: 01-02.10.2022r
Trasa: Sycewice PKP- Pałówko- Pałowo- szlakiem Równiny Sławieńskiej- Gać Leśna- dom
Panoramixa- Swołowo 12 km
Prowadzący: Paweł Skowroński
Liczba uczestników: 11
W ubiegłym roku obchody klubowej rocznicy miały miejsce po raz pierwszy w Swołowie,
w zagrodzie nr 31- gdzie w zabytkowej chałupie szachulcowej wynajętej od Macieja
''Druida Panoramixa'' mile i niedrogo spędzaliśmy czas, tym bardziej, że wówczas
mieliśmy piękną, słoneczną pogodę.. Jednomyślnie zatem postanowiliśmy by i w tym roku
rocznica klubu odbyła się właśnie tam. Jako jednak, że prognoza pogody na ten weekend
nie była zbyt zachęcająca, postanowiliśmy- zamiast wędrować piechotą ze Słupska-
pojechać pociągiem do Sycewic i stamtąd znanym już szlakiem rowerowym dojść do Gaci a
stamtąd do Swołowa. Na zbiórce przed dworcem PKP w Słupsku stawili się: prowadzący-
Mecenas, Ula z Andrzejem, pani kapitan Halszka oraz Mariola i Andrzej Jóźwiakowie- czyli
kadra z ubiegłego roku. Ze Słupska wyjechaliśmy szynobusem relacji do Darłowa by po
kilkunastu minutach dojechać do Sycewic. Tam została podjęta decyzja, że z uwagi na
słoneczną pogodę /wbrew zapowiedziom synoptycznym/ wydłużyć trasę i powędrować szosą
do Pałowa- a następnie jeszcze nieznanym większości klubowiczom, rowerowym szlakiem
''Równiny Sławieńskiej'' dojść przez Gać Leśną, obok ''domu Panoramixa'' do kapliczki
na skrzyżowaniu dróg skąd- już znaną trasą- do Swołowa.. Niezbyt to była fortunna
decyzja bo z reguły na mało uczęszczanej szosie na odcinku Sycewice-Pałowo tym razem
panował spory ruch a często też przejeżdżały tiry, tak że musieliśmy uciekać na pobocze..
W Pałówku nastąpił odpoczynek pod wiatą na placu zabaw, ale długo tam nie zabawiliśmy-
raz, że na niebie zaczęły się zbierać chmury, zwiastujące zmianę pogody, a po drugie
dewastacja ławek pod wiatą i masy rozbitych butelek /''nasi tu byli''/ nie zachęcały
do dłuższej posiadówki. A zatem szybkim marszem dotarliśmy do Pałowa i nie zachodząc
już do zabytkowego kościoła skręciliśmy na skrzyżowaniu w prawo na szlak rowerowy..
Po kilkuset metrach wyszliśmy na pola i już nie musieliśmy się śpieszyć.. Wolniejszym
już marszem wędrowaliśmy na wschód, by po pewnym czasie odbić w lewo-tym samym nie
musieliśmy przechodzić przez całą wieś Gać ale obchodząc przysiółek Gać Leśna weszliśmy
na drogę z płyt jumbo by odpocząć na trawce już w bardziej miłej atmosferze niż w
Pałówku.. Chętni szukali grzybów ale poza- dość malowniczymi co przyznać trzeba-
purchawkami i czernidłakami- niestety innych grzybów nie uświadczyliśmy.. Ponieważ trasa
wiodła obok domu Panoramixa- a on sam był w domu-postanowiliśmy go odwiedzić, mimo iż
gospodarz był zajęty wytwarzaniem komponentów do destylatów śliwkowych.. ale mile nas
przywitał i poczęstował już gotowym ''eliksirem''.. Od razu przypomniała się nam
kreskówka- ''Wunsch Punsch- dziwna magia, mocna magia w tym wywarze''- ale musieliśmy
przecież dojść do Swołowa, więc czujna Ula rychło pogoniła Andrzeja i Mecka do dalszego
marszu- ale przedtem oczywiście zaopatrzyliśmy się w miody pitne i ''eliksiry' 'na
imprezę w Swołowie.. Dodajmy, że zapobiegliwy Andrzej już wczoraj zawiózł samochodem
większość rzeczy i gitarę do chałupy, tak, że mogliśmy wędrować z lekkimi plecaczkami..
Na miejscu trzeba było szybko rozpalić ognisko bo coraz bardziej się chmurzyło.. Wkrótce
dotarł do nas stary traper ''Jurencjo'' z Redy-dojechał autobusem ze Słupska a potem
własnym pojazdem przyjechali Teresa i Marek Janusewiczowie z Główczyc, którzy po drodze w
Słupsku zabrali Piotra i Gosię.. Rozpoczęła się najmilsza część imprezy czyli posiadówka
ze śpiewograniem przy ognisku- gdzie Andrzej grał stare przeboje turystyczne a inni
piekli kiełbaski.. Niestety- tak jak się spodziewaliśmy- po pewnym czasie zaczął padać
deszcz- więc trzeba było przenieść się do chaty.. Tam ''pierwsze skrzypce'' a raczej
''pierwszy akordeon'' zaczął odgrywać Piotr.. Szkoda, że nie mógł on z Gosią zostać na
noc- no ale cóż liczba miejsc noclegowych była ograniczona tak że Jurencjo i Mecenas
musieli spać ''na glebie''.. przy czym ten pierwszy w ciepłym pokoju, a ten drugi- w
zimnej dawnej spiżarni /ale nie zmarzł-miał 2 śpiwory/.. Niedzielny ranek powitał nas
deszczem, ale ponieważ jeszcze wówczas deszcz był przelotny, planowaliśmy po śniadaniu
udać się w trasę do Sycewic.. Śniadanie było wyjątkowo obfite i urozmaicone o co zwłaszcza
zadbał baron Mark von Glowitz, a nadto okazało się, że Panoramix pozostawił nam pewien
prezent w lodówce, tak, że mieliśmy prawdziwe ''śniadanie Mistrzów' 'przy którym
wspominaliśmy nieodżałowanego Janka Kiśluka.. A za oknem..deszcz i ciągłe już ulewy, nie
było sensu iść na trasę tym bardziej, że wiodła ona odkrytym terenem przez pola.. Po
odjeździe Marka, Teresy i Jurencja, postanowiliśmy zatem powrócić do Słupska taksówką,
gdzie olbrzymie kałuże i rozlewiska świadczyły o intensywności ulewy.. Mimo wszystko-
imprezę udaliśmy za udaną i planujemy ją powtórzyć w tym samym miejscu za rok..