Data: 07.12.2019r
Trasa: Garczegorze skrzyżowanie- Garczegorze wieś- Obliwice 4 km
Prowadzący trasę: Wielki Mistrz Loży Turystów Pomorza
Liczba uczestników z KTP ORŁY: 4
W tą sobotę mieliśmy do wyboru kilka alternatywnych wędrówek- rajd Mikołajkowy słupskiego
PTTK czy też wędrówkę z Konradem Remelskim połączoną z przejazdem drezynami w Bronowie.
My jednak wybraliśmy- zgodnie z tradycją- Mikołajki w Obliwicach gdzie zawsze gościnny
dyrektor Krzysztof Pruszak częstował nas parowanymi ziemniakami i śledzikami /nie mówiąc
o innych przysmakach/. Szkoda tylko, że w tym roku pogoda nie dopisała..Oczywiście, w
grudniu trudno liczyć na ciepły dzień, liczyliśmy się z przymrozkami a tu..deszcz przez
cały dzień, typowy "kapuśniak" listopadowy.. Z tego powodu nie pojawiło się kilka awizowanych
wcześniej osób jak kapitan Halszka /brakowało nam jej pieprzówki/ czy Ula z Andrzejem,
natomiast baron Mark von Glowitz musiał zostać pilnować babci /zamiast jego przyjechała
Tereska/. Nie zawiedli za to klubowi weterani-Marcel i Mecenas, którzy wyjechali ze Słupska
pociągiem TLK o godzinie 7.53. Na dworcu spotkali oni innego klubowicza- "Czesia", który
niestety jak wielu innych już dawno nie chodzi na nasze rajdy. W Lęborku byliśmy umówieni
z samym Wielkim Mistrzem Wolnej Loży Turystów Pomorza Rytu Beretowego Dawnego i Uznanego
/na jego prośbę dzisiaj nie publikujemy jego personaliów/ który miał dla nas otworzyć
siedzibę LOT na dworcu i poczęstować herbatą. Okazało się jednak, że zachorował i był
wczoraj intensywnie rehabilitowany kroplówkami przez doktora Zenka. Dlatego też zaspał i
nawet nie zdążył zjeść śniadania. Z Redy wkrótce dojechał stary traper "Jurencjo", z którym
wsiedliśmy do busa i o 9.10 wyjechaliśmy w stronę Łeby /Mistrz wsiadł po drodze/. Po
niedługim czasie wysiedliśmy na skrzyżowaniu w Garczegorzu, ze smutkiem stwierdzając, że
nie było już tam dwóch samolotów stojących tam przez wiele lat /An-2, oraz MiG 19/, nadto
na odkrytej przestrzeni dokuczał wiatr oraz deszcz. Z kolei z zadowoleniem przyjęliśmy nowo
wybudowany chodnik, bowiem można było nim spokojnie dojść do wsi, a nie poboczem ruchliwej
szosy. Szybko przeszliśmy przez Garczegorze by wejść na drogę gruntową do Obliwic a przy
pierwszym lesie Mistrz zarządził postój przeznaczony na rehabilitację i rozgrzewkę. Drugi
postój miał miejsce już w samych Obliwicach w miejscu dawnego przystanku kolejowego relacji
Lębork-Choczewo. Deszcz się wzmagał więc szybko podążyliśmy do świetlicy wiejskiej skąd
akurat wyruszał rajd Nordic Walking. Dodajmy, że Mecenas ufundował pamiątkowe znaczki z
napisem "Kiślukowe Nordic Drinking w Obliwicach" co powinno dać wiele do myślenia..
Powitał nas sam dyrektor Pruszak a spotkaliśmy również Tereskę, którą przywiozła Wanda
/z Rzuszczy/ i Kazik, leśniczynę "Maruszynę" i wielu innych znajomych. Nie zamierzaliśmy
uczestniczyć w marszu "z kijami" i przeszliśmy się tylko na stary cmentarz by zapalić znicze.
W naszym ulubionym miejscu- pod łodzią- było mokro, bowiem przez szpary między deskami
deszcz przeciskał się bez przeszkód, zaś rozpalone ognisko co prawda grzało ale nie
chroniło przed deszczem. Większość czasu spędziliśmy więc w świetlicy gdzie Tereska
częstowała "kawą penitencjarną". Degustowaliśmy parowane ziemniaki, śledziki, ciasta ale
nie tylko.. Pojawił się bowiem nasz przyjaciel Taha Naydat Kikhia, który przyrządził i
przywiózł potrawy syryjskie.. Impreza dobiegała końca i trzeba było pomyśleć o powrocie..
Na szczęście Wielki Mistrz zadzwonił do swojego osobistego lekarza- doktora Zenka. który
odwiózł nas do Lęborka. Do odjazdu pociągu została jeszcze godzina więc poszliśmy na obiad
do dworcowego baru, a z Lęborka wyjechaliśmy o 15.23.