Data: 12.05.2018r
Trasa: Strzebielino PKP- elektrownia Paraszyno- bunkier "Gryfa Pomorskiego"- brzegiem rzeki-
Porzecze- Paraszyno- Wąwozy Paraszyńskie- Bożepole Wielkie PKP 12 km
Prowadzący trasę: Tadeusz Krawczyk
Liczba uczestników: 20
W tym roku minie 12 rocznica powstania klubu "Orły", jak wiadomo uroczyste obchody rocznic
ostatnio obchodzimy w Izbicy, wcześniej były Ustce, Rowach, Dębinie ale chyba najsłynniejsza,
która przeszła wręcz do legend była II rocznica klubu która odbyła się w listopadzie 2008 roku
w Porzeczu- małej osadzie zagubionej pośród lasów na południe od Strzebielina. Impreza
obfitowała w przygody począwszy od..braku prądu, ale były też i milsze niespodzianki jak
niecodzienne ale praktyczne zastosowanie butów przez Krzyśka i cudowne rozmnożenie napojów..
Z tamtej kadry klubowiczów pozostały tylko niedobitki, przyszli nowi, którzy postanowili
odwiedzić to kultowe miejsce, mimo iż Janek Ki śluk ostrzegał, że z gościnnością bywa tam różnie
/co się niestety sprawdziło/. Organizacji wędrówki podjął się Tadek "Hippis" Krawczyk wraz z
grupą turystów z lęborskiego "Kahela". Szkoda tylko, że najwybitniejszy turysta- Wielki Mistrz
Wolnej Loży Turystów Pomorza Rytu Beretowego-wielki i wspaniały Jan Kiśluk musiał w tym czasie
wyjechać na szkolenie z zakresu przewodnictwa /ale za to wieczorną rehabilitację przeprowadził
mu doktor Zenek/. Po ostatnich, słonecznych dniach sobotni ranek okazał się szary i ponury,
ale było sucho i nie padało /zaś potem na trasie wypogodziło się/. Pociągiem ze Słupska do
Strzebielina o godzinie 8.32 wyjechali- Brygida z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Tureckiej "Yarak
Serdara", Mecenas, Lider Klubu Seweryn, rehabilitujący się po ciężkiej 2-tygodniowej pracy jako
dekarz /ale wielki szacun dla niego że aż tyle przepracował, co w jego przypadku jest niespotykane/,
Andrzej Jóźwiak, Andrzej "Baran"- radosny jak skowronek bo..bez Uli. W Lęborku z kolei wsiadła
liczna grupa turystów w tym oczywiście Tadek, Ewa i Lech Kozłowscy, Darek "Old Firehand" z
"Cowboy Club" Maszewo, Ewa Moorhexe która powróciła z Vöhringen-Teufelschwanz w Niemczech, oraz
wielu innych, znanych ze wspólnych wędrówek. Z kolei w Strzebielinie oczekiwał sławny traper
"Jurencjo" z Redy, co wielce ucieszyło Brygidę. Wyruszyliśmy drogą na południe i już wkrótce
dotarliśmy do elektrowni wodnej Paraszyno, przy czym potem nie skręcaliśmy przez most na prawo
/jak na wycieczce 2 lata temu/ lecz poszliśmy prosto drogą z płyt jumbo aż do skrętu na bunkier
"Gryfa Pomorskiego"- było to w zasadzie miejsce pamięci bo po bunkrze została tylko dziura w
ziemi. Odtąd rozpoczął się najciekawszy odcinek trasy-szliśmy przez liściasty las, potem
brzegiem rzeki Łeby podziwiając urozmaiconą rzeźbę terenu / Mecenas i Andrzeje tak się
zachwycali przyrodą że szli jako ostatni/. Po przejściu przez śluzę i krótkim odcinku wzdłuż
kanału dopływowego doszliśmy do pomnika przyrody- grupy drzew, skąd już blisko było do Porzecza.
Zasiedliśmy pod wiatą obok schroniska, gdzie Tadek rozpalił ognisko a wszyscy zasiedli do
biesiady. Rozpogadzało się, zrobiło się sielsko, więc Tadek już myślał o dłuższym tu pobycie i
tym samym o powrocie z Bożegopola pociągiem około 17ej. Nie doszło jednak do realizacji tych
planów, bowiem sławny "Old Firehand" wszedł na wieżę widokową znajdującą się obok wiaty nie
dostrzegając tabliczki /będącej z drugiej strony/ że wstęp wzbroniony. Podczas schodzenia, miłą
atmosferę zakłócił wrzask jakiegoś miejscowego "cerbera"- o ile miał on prawa zwrócić uwagę,
mogło się to odbyć w kulturalniejszej formie, a tak to wszystkich zniesmaczyło, że w kilka minut
zebraliśmy się do odejścia z hasłem "reklamowym"- "Schronisko Porzecze- kto tam trafi, wnet
uciecze !". Szybkim tempem podążyliśmy w stronę Paraszyna, już po innej stronie rzeki i doszliśmy
do dworku gdzie kiedyś mieściła się restauracja. Stamtąd już znanym nam szlakiem na wąwozy
paraszyńskie po czym zadyszani zdobyliśmy Jelenią Górę skąd rozciągał się rozległy widok na
pradolinę rzeki Łeby. Schodząc minęliśmy wiatę gdzie kiedyś w zimie było zakończenie rajdu
"Stolemy" /niestety nie mogliśmy tam odpocząć bo była zajęta przez grupę emerytów/ i drogą na
skraju lasu i pól podążyliśmy do dworca PKP w Bożympolu Wielkim. Andrzej narzekał że już nie ma
sklepu przy dworcu bo skończyły mu się zapasy napojów, ale na szczęście przewidujący Mecenas
miał jeszcze coś w plecaku co wielce uradowało spragnionego Andrzeja.. Na zielonej trawce.. tym
razem nie pasły się pratchawce lecz my oczekiwaliśmy na pociąg, który odjeżdżał około 15ej. Po
drodze "wykończyliśmy" wszystkie zapasy zaś w Słupsku czekał już kolega Brygidy- Robert który
odwiózł nas swoim samochodem do domów.