Data: 10.03.2018r
Trasa: Karżcino- dawną linią kolejową- Swochowo- Siemianice- Słupsk /hacjenda "U Jarasa"/ 10 km
Prowadzący trasę: Lider Klubu Seweryn Dzik
Liczba uczestników: 2
Po mroźnych dniach od czwartku zapanowała odwilż i chyba zima już nie wróci. Każdego
to cieszy..ale nie nas, bo inaczej wędruje się po twardej, zmrożonej ziemi a inaczej
po lodowo-błotnej brei. Wygląd dróg oraz pochmurna pogoda,a także choroby spowodowały,
że na sobotnią wędrówkę wybrało się tylko dwóch klubowiczów- Mecenas i Lider Klubu
Seweryn- nieco osłabiony po pobycie w szpitalu ale ambitny i chętny do chodzenia tak
jak do gąsiorka z winem.. Wyjechaliśmy ze Słupska autobusem NordExpress o godzinie 8.50
i już po 20 minutach wysiedliśmy w Karżcinie. Trasa, jaką mieliśmy przejść była nam
już dobrze znana- był to fragment dawnej linii kolejowej Stolp-Schmolsin /Słupsk-
Smołdzino zwanej niegdyś "koleją spirytusową", a to z uwagi na fakt iż sponsorami jej
budowy byli właściciele wiejskich gorzelni którym zależało na szybkim "upłynnieniu"
swoich produktów. Krótki czas szliśmy brukiem i zaczęło się.. Droga była pokryta
rozmarzającą lodową taflą, na której chybotaliśmy się niczym po gościnie u Janka Kiśluka.
A skoro o nim mowa, to oczywiście zadzwonił, żałował, że go z nami nie ma, ale musiał
uczestniczyć w koncercie religijnym "Święty Antoni Smoleński-patron obłąkanych", gdzie
poza "tradycyjną" muzyką były- ogłuszające słuch- odgłosy imitujące wybuchy bomb
termobarycznych. Zasmucony, liczył jednak na wieczorną wizytę swojego rehabilitanta-
doktora Zenka. Idąc mozolnie krokiem łyżwowym obejrzeliśmy ruiny dawnej stacji oraz
resztki starego cmentarza w Karżcinie. Przeszliśmy przez rzeczkę Gnilną niedaleko od
przyczółków rozebranego mostu kolejowego i weszliśmy do lasu. Niestety, stan drogi się
nie zmienił, chwilami tylko napotykaliśmy piaszczyste odcinki. Męczyło to zwłaszcza
Seweryna, który zarządzał częste postoje, na których Mecenas równie często sięgał do
plecaka. Optymistyczne było to, że zaczynało się przejaśniać i chwilami nawet zaświeciło
słońce. Przed Swochowem zajrzeliśmy na dawny cmentarzyk wiejski, minęliśmy kilku biegaczy,
podziwiając jak mogli utrzymać równowagę na lodzie i oszczekiwani przez psy udaliśmy się
w stronę Siemianic. Tam wreszcie, po wyjściu na pola droga przeobraziła się z lodowej na
błotnistą. Też niezbyt ciekawie, ale przynajmniej nie ślizgaliśmy się. Upajaliśmy się
powiewem ciepłego wiatru i innymi oznakami zbliżającej się wiosny- klangorami żurawi,
śpiewem skowronków- ale śpiesznie dążyliśmy na metę- do hacjendy "U Jarasa" by się
upajać czym innym. Minęliśmy stawy rybne, przepust pod nasypem do ul.Sportowej
/wspomnieliśmy oczywiście sławnego nauczyciela, miłośnika zwierząt i technik relaksacyjnych/,
strumyk znany z rajdu ku pamięci pięknej Martyny Bolanowskiej, gdzie Seweryn zdziwił się,
że tyle wody w strumieniu bierze się z tego, że dwóch facetów stoi u źródła i wiadrami
nalewa wodę.. Około południa dotarliśmy na hacjendę "U Jarasa" znajdującą się na ul.
Borcharda, blisko torów, gdzie zasiedliśmy pod zaciszną wiatą. Jaras, czyli Jarek Szczucki-
swoją drogą przyrodni brat naszego klubowicza Arnolda, nastawił grill gdzie piekły się
polędwiczki, wystawił śledzie w oleju, ogórki kiszone oraz "chleb-sól". Gościna niczym u
Janka Kiśluka.. Wspominaliśmy dawne czasy, karmiliśmy koty- czarnego Bolusia i szarą Francescę,
surowo oceniając przy tym znęcaczy nad zwierzętami oraz zoofilów-zboczeńców, którym naszym
zdaniem najlepiej było obciąć to i owo.. Mijały godziny, ubywało chleba i soli, ale
niestrudzony Jaras wysyłał syna po kolejne zapasy. Rozsądny Seweryn w końcu uznał, że
nie zamierza Mecenasa nieść na plecach do domu więc dał hasło do wyjścia..Było miło,
lecz szkoda, że znów frekwencja nie dopisała, szkoda, że dla niektórych ważniejsze są
"imieniny cioci Kloci" niż wędrówka.. Z drugiej strony mieliśmy więcej jadła i napitku..
Mamy nadzieję, że z nadejściem wiosny będzie nas więcej..