Data: 10.02.2018r
Trasa: Słupsk zamek- brzegiem rzeki Słupi- Aleja Brzozowa- Park Trendla- strzelnica-
Lasek Południowy- ul.Hubalczyków- ul.Sowińskiego /hacjenda "U Uli"/ 8 km
Prowadzący trasę: Andrzej Strzykowski
Liczba uczestników: 13
Po kilkutygodniowej przerwie w wędrówkach w trakcie której miały miejsce inne imprezy m.in
Bal Przewodnika w hotelu "Piast" w Słupsku, nadszedł wreszcie czas powrotu na szlaki. W
ubiegłym roku zainaugurowaliśmy cykl zimowych wędrówek pt "Piękne laski" a wówczas
ślizgaliśmy się po lodzie na następnie grzęźliśmy w błocie w Lasku Północnym i okolicach.
Była bowiem wtedy odwilż, za to teraz, po kilku mroźnych dniach podłoże było twarde i dobre
do chodzenia-szkoda tylko, że akurat w sobotę musiało być pochmurno, gdy w poprzedzającym
tygodniu świeciło słońce.. Zbiórka uczestników odbyła się ok godz 10.30 przed zamkiem książąt
pomorskich w Słupsku, jako pierwszy pojawił się gość z najdalszego miejsca- stary traper
"Jurencjo" z Redy, po nim dotarł Mecenas, Brygida, Jola, Tadek "Hippis" zaś całą pozostałą
grupę przywiódł Andrzej. Byli tam- Ula, Wandzia /od indyków/ z Rzuszczy, Marysia /od
prosiaczków- ale teraz będzie hodować bydło/ z Michałowa, Bogusia, kapitan Halszka- z
pieprzówką, i sam prezes klubu Marek "Chudy". Zabrakło natomiast wcześniej awizowanych-
Ewy Moorhexe z Vöhringen-Teufelschwanz /musiała pilnować budowlańców by nie pili tylko
pracowali/, oraz Wielkiego Mistrza Wolnej Loży Turystów Pomorza-Jana Kiśluka, który musiał
uczestniczyć w turystycznym pogrzebie, gdzie uroczysto chowano boginię trzeźwości. Brak tych
dwu zacnych osób nie był jednak odczuwalny, w gronie przyjaciół zawsze mamy wesoło, tak też
było i tym razem. Napis na moście zwiastował jak skończy się dzisiejszy dzień, dlatego z
optymizmem wyruszyliśmy na trasę, na początku wielokrotnie przez nas "przechodzonym" szlakiem-
brzegiem Słupi, obok śluz i dalej Aleją Brzozową do Lasku Południowego. W uroczej alei miał
miejsce pierwszy postój- nie dlatego, że byliśmy zmęczeni, ale z uwagi na Konieczność prezentacji
regionalnych przysmaków- mimo silnej konkurencji /pieprzówka Halszki/ bezapelacyjnie wygrała
Marysia z Michałowa, której produkt swą mocą wykrzywiał gęby nawet takim "zawodowcom" jak
Andrzej i Marek. Nie odczuwaliśmy zimna ale musiało być mroźno, gdyż rychło nasze twarze i
nosy poczerwieniały jak rubiny.. Przy okazji trochę dydaktyki- Mecenas zaprezentował
interesujące foldery krajoznawcze, które zachwyciły zwłaszcza panów. Jednocześnie,w prezencie
od Janka i naszych klubowiczów, Brygida- udzielająca się w towarzystwie przyjaźni polsko-
tureckiej "Yarak Serdara" otrzymała ciekawą książkę z dedykacją by zawsze miała tyle
napitku ile wody mieści się w Tuz-Gölu i Wan-Gölu /największe jeziora w Turcji/. Z Alei
Brzozowej weszliśmy do Lasku Południowego idąc bagnistym terenem na skraju rozlewisk
Słupi- dzięki zmrożonej ziemi mogliśmy tam wędrować, dotarliśmy do pomnika w okolicy tzw
"trzech stawków", a za strzelnicę skręciliśmy na lewo i szeroką, leśną drogą długo
przemierzaliśmy leśne Ostępy. Ula pociągnęła ostrym tempem peleton do przodu, lecz
doświadczeni piechurzy jak Andrzej, Marek i Mecenas pozostali jak zwykle z tyłu aby
pilnować czy nikt się nie zgubił i aby w spokoju analizować zagadnienia turystyki krajowej.
Z lasu wyszliśmy w okolicach ul.Hubalczyków i szpitala, po śpiewie sikorek i innego ptactwa,
teraz mieliśmy hałasy ulicy i pędzących samochodów więc już bez ociągania się podążyliśmy
na metę- czyli do hacjendy "U Uli", na zasłużoną biesiadę. Pojawił się tam też Kazik-mąż
Wandzi,a także masażysta i muzyk Piotr z harmonią.Ostatnio masował on Brygidę,a ta skarżyła
się,że jego masaż był niekompletny, bolały ją po nim kości, a nie wymasował jej wszystkich
części ciała, zwłaszcza takich po masażu których mogłaby czuć się odprężona i szczęśliwa.
Troskliwy Piotr oczywiście zadeklarował, że następny masaż będzie już przebiegał zgodnie
z życzeniem klientki, co wielce Brygidę uradowało.. Na stole pojawiły się- zupa meksykańska,
gulasz, ogórki, swojska "gięta", rozmaite sałatki i..napoje. Skoro było trzech muzyków
/Andrzej,Tadek,Piotr/ to i koncert musiał być. Zainaugurował go Tadek jak zwykle pobożnym
psalmem o ojcach bernardynach, a następnie Andrzej na bandżoli i Piotr na harmonii
prezentowali swoją twórczość. W międzyczasie sam wielki i wspaniały Jan Kiśluk dzwonił do
nas i solennie zapewnił, że następnym razem będzie nam towarzyszył na wędrówce i w swoim
majestacie otoczy nas potęgą i chwałą. Stopniowo wszyscy zaczęli się rozjeżdżać, ale do
ostatka wspólnie z gospodarzami zostali na posterunku Marek oraz Piotr, dopóki ostatni
kęs jadła nie zniknął z talerzy, zaś z butelek- ostatni łyk napoju.. Dziękujemy Andrzejowi
i Uli za wspaniałą gościnę, zaś nieobecnej Teresce- za wyrozumiałość dla potrzeb męża
Marka. On- i inni panowie są bowiem GODNI CZEGOŚ więcej niż tylko siedzenia w domu..
A nie każdy ma takiego dobrego ducha opiekuńczego jakim jest dla Janka Kiśluka- doktor
Zenek, dbający by jego pacjent nie wyszedł z wysokiej formy..