Data: 25.11.2017r
Organizator: Effendi Taha Naydat Kikhia
Trasa: Pogorzelice PKP- Laska- Pogorzelice 8 km
Prowadząca trasę: Andrzej Strzykowski
Liczba uczestników: 18
W tą sobotę powtórzyliśmy wędrówkę "kulinarną" jaką odbyliśmy na wiosnę do
miejscowości Laska niedaleko Pogorzelic, gdzie zamieszkuje nasz przyjaciel,
znakomity kucharz "Effendi" Taha Kikhia pochodzący z portowego miasta Latakia
w Syrii, który przebywa w Polsce już od 27 lat. W tym czasie dorobił się sławy
w gastronomii /słynne placki syryjskie które można kupić w Słupsku to jego
receptura/, oraz..9 dzieci, z których każde ma podwójne imię- polskie i arabskie
np. Artur Ali, Norbert Naydat itd. Swojego czasu w czasie powrotów z wędrówek
klubowych odwiedzaliśmy jego bar w Lęborku, którego niestety już nie prowadzi
i stąd datuje się nasza znajomość /choć Mecek poznał go już w 1994roku/. Jak
wspomniano na wstępie, wiosną odbyliśmy do Effendiego wędrówkę zakończoną
biesiadą pośród arabskich przysmaków, dlatego też teraz późną jesienią
postanowiliśmy raz jeszcze udać się na ucztę. Często martwimy się frekwencją na
szlaku, niejeden obcy pyta, dlaczego nas tak mało wędruje, skoro klub liczy
ponad 50 członków. No cóż, studenci kończą studia, rozjeżdżają się, głupieją
i się żenią a potem dzieci i praca zawodowa- dlatego nie ma się co dziwić, że
chodzą głównie weterani. W każdym razie teraz zapowiedź uczty spowodowała iż
łącznie pojawiło się aż 18 osób- zarówno stałych uczestników jak i tych nader
rzadko się pojawiających. Pociągiem SKM odjeżdżającym ze Słupska o 9.12 wyjechali-
Andrzej, Ula, Halszka z pieprzówką, Dorota, Lider Klubu Seweryn, Mecenas,
Grzesiek, Roma, Basia na których czekali w Pogorzelicach- Wanda, Kazik, Marysia
od Znajdusia, Marek, a także córka i wnuczka Romy. Czekaliśmy na Jurka z Redy
który miał dojechać SKM-ką o 10.13, gdy nie wysiadł z tego pociągu, bohaterski
Seweryn zatrzymał skład i przebiegł wszystkie wagony w poszukiwaniu Jurka.
Okazało się iż ten spóźnił się na SKM-kę i do Lęborka dojechał pociągiem TLK a
stamtąd wziął taksówkę do Pogorzelic. Do Laski, gdzie mieszka Effendi idzie się
głównie przez pola, pradoliną rzeki Łeby, na szczęście- mimo pochmurnej pogody-
nie było ani deszczu ani wiatru, który mocno by mógł dokuczyć na trasie. Dlatego
też aktywnie forsujący tempo- Mecenas, Wanda i Marysia dość szybko dotarli do
hacjendy Effendiego w Lasce, oszczekiwani przez stróży obejścia- Reksia i
Barberisa, a potem stopniowo docierali inni. Liczyliśmy na sławną "kawę
penitencjarną" od Marka, ale okazało się, że miał tylko wkład do kawy- który i
tak wielce smakował. Z uwagi na ilość gości salon u Effendiego przypominał
przyjęcie weselne- na stole pojawiły się potrawy z bobu, ciecierzycy, ryżu,
papryki, mięsa-makluba, mahluta,l ahma bi-maala i inne. Wykorzystując chwile gdy
czujna Ula rozmawiała z Effendim, Marek zadbał o dobre samopoczucie Andrzeja, zaś
samotnicy- Jurek i Mecenas nie musieli się konspirować. Jedynie Seweryn siedział
smutny, bowiem przyjmuje leki i nie może degustować pewnego rodzaju napojów, za to
ucieszyliśmy się iż znalazł on pracę w "Jantarze" gdzie-odziany w wykwintny strój-
rozdaje ulotki reklamowe-choć szkoda, że nie rozdaje swoich traktatów filozoficznych.
Biesiada trwała, Effendi przedstawił nam historię Syrii i religie zamieszkujących
tam mieszkańców- nie każdy musliman /muzułmanin/ jest wrogiem chrześcijaństwa a
na pewno nie Effendi, który z rozrzewnieniem wspominał dawne czasy gdy chodził
na plażę w Latakii by podziwiać opalające się młode chrześcijańskie dziewczęta.
W międzyczasie nawiązaliśmy kontakt z nieobecnymi przyjaciółmi-samym wielkim i
wspaniałym Jankiem Kiślukiem oraz Ewą Moorhexe. Janek- po ubiegłotygodniowym pobycie
w ministerstwie w Warszawie, gdzie nieszczęśnik przebywał o suchym pysku, musiał
uzupełnić zapas płynów w organiźmie i odbył tygodniową kurację leczniczą przy
pomocy doktora Zenka który szczodrze stosował odpowiednie kroplówki. Z kolei
Moorhexa, jak wiadomo, znów przebywa w Niemczech- w Vöhringen-Blodemöse u frau
Marie Stinkefotze, której musi "sehr schmutzige Arschloch geputzen", a nadto
denerwuje ją demencja podopiecznej. Z inicjatywy Halszki dzieci Effendiego otrzymały
prezenty zaś dorośli- okolicznościowe życzenia. A z ich wypisaniem było tak: jeszcze
w pociągu Halszka zwróciła się do Andrzeja, "czy ma coś twardego"- na co jego oczy
rozbłysły niczym diament Koh-i-noor, okazało się jednak, że nie o "tego" twardego
chodziło lecz o podkładkę pod pocztówkę. Miło się biesiadowało u Effendiego pod
obrazem przedstawiającym święty kamień Al-Kaaba w Mekce,lecz czas naglił, pociąg
odjeżdżał o 15.35. Rozpadał się deszcz, więc część chętnych została odwieziona do
Pogorzelic przez Effendiego, zaś reszta- prowadzona przez niestrudzonego Andrzeja-
dotarła później, a wszyscy spotkali się w barze "U Siwego". W pociągu SKM Mecenas od
razu dosiadł się do Halszki, która ze zdziwieniem zastanawiała się skąd te zaloty
"przystojnego młodziana", rychło jednak zrozumiała iż wilczy i łapczywy wzrok Mecka
skierowany jest głównie na jej plecak gdzie znajdowała się flaszka z pieprzówką. Rychło
i zacny Andrzej zwrócił wzrok w tą stronę- i choć w tym momencie inny wzrok- Uli stał się
karcący- podróż do Słupska upłynęła w miłej atmosferze..