Data: 21-22.10.2017r
Organizator: Tadeusz Krawczyk "Kahel Klub"
Liczba uczestników: 22
W jesienne, słotne i chłodne dni nie każdy ma ochotę wędrować w plenerze na
turystycznych szlakach, więc z ochotą przyjęliśmy zaproszenie ze strony
"Kahel Klubu" na wycieczkę krajoznawczą do Wrocławia- nawet bowiem w przypadku
niepogody inaczej wygląda spacer po mieście /gdzie np. można wstąpić do różnych
lokali/a inaczej na "wygwizdowie"-czyli na polach, gdy wieje wiatr a deszcz
chłoszcze twarze. Wycieczka zgromadziła komplet uczestników, mimo iż tanio nie
było- ze znanych nam osób byli m.in.w.w. Tadek"Hippis", drugi Tadek"Herkules"
z Łeby, sam wspaniały Jan Kiśluk, niezawodny Jurek z Redy, przewodniczka Krysia
też spod Redy, Lech Kozłowski- zaś nasz klub "Orły" reprezentowali-prezes Marek
z Tereską oraz Mecenas, a także sympatyczki- Wandzia z Rzuszczy /"Indycza Królowa"/
i Marysia z Michałowa /pamiętamy jej "piramidę" na posesji, gdzie każdy chciał ją
zwiedzić/. Z Lęborka wyjechaliśmy w piątek ok godziny 22-ej, wynajętym pojazdem
z firmy "Boguś Bus"- oczywiście komfort jazdy był średni, ale Marek i Janek
zadbali o umilenie podróży /Lechu z kolei miał całą siatkę własnorobnego piwa/.
Po całonocnej podróży dotarliśmy do Wrocławia ok 7 rano, po przechadzce nad Odrą,
zwiedziliśmy Panoramę Racławicką a następnie Muzeum Narodowe z wystawą malarzy
niderlandzkich. Ze zgorszeniem odebrano śmiech Mecenasa na widok obrazu Marcina
Lutra, dopóki nie wytłumaczył, że Luter kojarzy mu się ze szkołą podstawową,
gdzie jeden z kolegów Mecka który miał wymienić tezy Lutra wyksztusił przy
tablicy- "Żeby znieść bezżeństwo odpustów". Spod muzeum pojechaliśmy tramwajem
pod ZOO gdzie główną atrakcją było afrykarium z akwariami i basenami w których
pływały manaty /obok diugoni są to jedyni przedstawiciele tzw "syren morskich"/.
Informujemy iż ZOO we Wrocławiu zawsze posiadało najwięcej gatunków zwierząt ze
wszystkich ogrodów w Polsce, dlatego też ramy relacji nie pozwalają na wymienienie
nawet najciekawszych gatunków, choć na pewno wspomnieć trzeba o rzadkim nosorożcu
indyjskim, jakby zbudowanym z pancernych płyt. Zwiedzanie ZOO trwało kilka godzin
po czym przeszliśmy koło Hali Ludowej do ogrodu japońskiego. Stamtąd już
pojechaliśmy na miejsce noclegu-hotel "Ibis" przy ul.Wyścigowej, ale wielu
jeszcze wybrało się wieczorem na nocne zwiedzanie Wrocławia, a inni-na biesiadę
w restauracji gruzińskiej. W niedzielę rano śniadanie w hotelu oraz przygnębienie-
cały czas padał intensywny deszcz. Mimo tego, przed godziną 9-ą zebraliśmy się i
poszliśmy na tramwaj nr 17 którym dojechaliśmy do centrum /koło opery/.Stamtąd już
wędrowaliśmy z przewodniczką,zwiedzając rynek Starego Miasta. Operatywni Janek i
Marek nie chcąć marznąć na chłodzie wynaleźli knajpę o nazwie "Przedwojenna" do
której sukcesywnie przenieśli się wszyscy uczestnicy- każdego zachwycił wystrój i
menu, a uznaniem cieszyła się zwłaszcza..toaleta wyklejona przedwojennymi gazetami.
Po spożyciu "chleba-soli" i ogrzaniu się powędrowaliśmy na Ostrów Tumski, gdzie
zwiedzaliśmy zabytkowe kościoły. Podekscytowany Lech zakrzyknął- "chodźcie zobaczyć
dziewczynę z fujarą"- każdemu się skojarzył Rzym i jarl Martin Smuggelsson ale
okazało się, że to jakaś dziewczyna grała na flecie.. Około 14-ej podjechał po nas
bus i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na obiad zatrzymaliśmy się w Miliczu, gdzie
zainteresował nas ciekawy kościół szachulcowy- to jest architektura typowa dla Pomorza,
a nie dla Dolnego Śląska- okazało się, że był to tzw "kościół pokoju" /choć nie tak
okazały jak w Świdnicy i Jaworze/. W planach był przyjazd do Lęborka ok godzinie
22-ej a faktycznie przyjechaliśmy po 1-ej w nocy. Podróż była męcząca, ale Tadek
"Hippis" stanął na wysokości zadania i odegrał koncert gitarowy- dla każdego coś miłego-
czyli i pratchawce i psalm o ojcach bernardynach oraz inne przeboje.. W Lęborku
rozjechaliśmy się, zaś Janek zaprosił Mecka /który nie miał o tej porze dojazdu do
Słupska/ na nocleg oraz herbatę z własnej mięty..