Data: 15-16.09.2017r
Organizator: Fundacja Wspierania rozwoju osób niepełnosprawnych Radius
Trasa: Czołpino- latarnia morska- brzeg morza- czerwona szopa- Czołpino 6 km
Smołdzino- Góra Rowokół- niebieskim szlakiem- Smołdzino 3 km
Prowadzący trasę: Andrzej Strzykowski, Paweł Skowroński
Liczba uczestników: 22
Na zaproszenie przyjaciół z Koła Związku Niewidomych w Słupsku udział w ich
dwudniowej wycieczce po Słowińskim Parku Narodowym wzięli klubowicze "Orłów"-
Mecenas, Ula i Andrzej, którzy mieli pomóc w prowadzeniu grupy /Mecenas/,
czuwaniu nad bezpieczeństwem /Ula/ oraz dla zapewnienia oprawy muzycznej /Andrzej/.
Oprócz nich w imprezie uczestniczyli znani nam już z poprzednich rajdów, zwłaszcza
drezynowych- Piotrek Staszewski /muzyk/, Małgosia, Michał, Agnieszka oraz Marysia
i Jacek /"Dziad Borowy"/, który na tej wędrówce przyćmił sławą, potęgą,
dostojeństwem i mocą samego wielkiego i wspaniałego Janka Kiśluka /trudno w to
uwierzyć, ale tak było rzeczywiście/. Poza naszymi klubowiczami grupę prowadziła
również urocza Asia- wolontariuszka. Na jej widok zachwycony Andrzej od razu
stwierdził- "to lekarstwo mi pan doktor przepisał"- ale zażyć go nie mógł bo
przyjechała Ula. Ze Słupska wyjechaliśmy w piątek o godzina 10.50 autobusem
NordExpressu do Smołdzina, gdzie przesiedliśmy się do wynajętego autokaru który
zawiózł nas do Smołdzińskiego Lasu. Tam zakwaterowaliśmy się w ośrodku "Nord"-
znanym już nam z wiosennej imprezy "Kahel Klubu" i "Orłów". Warto tu wspomnieć iż
całkowity koszt imprezy-nocleg, 3 posiłki, autokar-wyniósł jedynie 30 zł od osoby.
Od razu po rozlokowaniu się w pokojach Andrzej postanowił wykorzystać fakt
nieobecności Uli /ona przyjechała dopiero wieczorem/ i zaprosił do pokoju- niestety,
nie Asię, jakby marzył- lecz Mecenasa, Piotra i Michała, po czym otworzył plecak i
częstował góralskimi specjałami. Następnie plecak otworzył Mecenas..Dobrze, że
wkrótce był obiad, bo nasze zuchy mogłyby potem nie wyjść na trasę. Po obiedzie
pojechaliśmy autokarem do Czołpina, skąd poszliśmy do latarni morskiej- tuż przy
szlaku rosły rydze i prawdziwki, więc trudno było się temu oprzeć. Wprawdzie potem
na trasie strażnik SPN dał ostry "wygawor" Marysi, ale ta szybko odcięła się
stwierdzeniem, że grzyby te zostały zebrane przez kogo innego i gdzie indziej a ona
je tylko niesie.. Jak można się domyśleć, część naszej grupy było niedowidzących a
część całkowicie niewidzących, więc trudno aby podziwiali widoki, zaś przyrodę
odbierali dotykiem i zapachem- nie przeszkodziło to jednak większości wejść na
latarnię i napawać się podmuchami wiatru znad morza. Zainspirowało to Mecenasa aby
poprowadzić grupę dalej szlakiem nad morze, by do tzw"czerwonej szopy"/dawnej stacji
ratownictwa morskiego/, pójść brzegiem morza, wprost pod silny wiatr, co oczywiście
wielce utrudniało marsz, ale pogłębiało wrażenia. Niektórzy nie byli wprawieni w
marszach i bardzo się zmęczyli ale w sumie wszyscy byli zadowoleni. Krótki odpoczynek
pod "czerwoną szopą" i nadszedł czas powrotu do ośrodka. Wieczorem kolacja i wykład
historyka Macieja o Słowińcach, oraz wspominki Mecenasa o ciekawostkach
przyrodniczych /jagody "pijanice"-czyli borówka bagienna/. Potem oczywiście koncert
Andrzeja- na gitarze i Piotrka- na harmonii. Perkusji wprawdzie nie było, ale
koncert został urozmaicony łomotem ciężkiego cielska walącego się na podłogę- oto
Dziad Borowy osiągnął szczyt sławy /krzesło cienkie a waga Jacka to chyba ze 150 kg/.
Następnego dnia- w sobotę- od rana była piękna pogoda, Andrzej uzupełnił zapasy w
sklepie, a dowcipny Mecenas nakłonił nic nie rozumiejącą piękną Asię by zapytała
Andrzeja swoim słodkim głosikiem- "czy chciałbyś zażyć to lekarstwo które pan doktor
ci przepisał ?". Oczy Andrzeja zabłysły dziwnym czarem i odpowiedział- "o tak, o tak".
Potem sytuacja się wyjaśniła, a Mecek dostał op..na który jak najbardziej zasłużył.. Po
śniadaniu należało się rozkwaterować, a ponieważ wyjazd miał być dopiero około 11-ej-
przenieśliśmy się do świetlicy na śpiewogranie i "pratchawienie" w czym celowała
zwłaszcza Marysia i Jacek. Po dojechaniu do Smołdzina część osób odjechała więc w
znacznie uszczuplonej grupie weszliśmy na Górę Rowokół, a tam na wieżę widokową, po
czym poszliśmy dalej niebieskim szlakiem do rzeki Łupawy, skąd zakręciliśmy do Smołdzina.
Autobus NordExpressu odjeżdżał o 13.50 więc posiedzieliśmy jeszcze za stacją paliw, próby
grania zostały niestety zniweczone przez pracownika stacji, więc musieliśmy się zająć
czymś innym- przy okazji Andrzej odkrył iż cierpkie owoce rokitnika świetnie nadają się
do zagryzki. Trasę najbardziej odczuli w nogach Marysia i Jacek, ale zgodnie uznaliśmy,
że impreza była świetnia- za co dziękujemy organizatorom i polecamy się na przyszłość..