Data: 24.06.2017
Trasa: Damnica PKP- rzeka Łupawa- Bobrowniki 6 km
Prowadzący trasę: Marek Janusewicz
Organizatorzy: Tadeusz Krawczyk, Lech Kozłowski
Liczba uczestników: 6
Na zaproszenie Wielkiego Mistrza Wolnej Loży Turystów Pomorza Rytu Beretowego-
samego wielkiego i wspaniałego Jana Kiśluka postanowiliśmy wziąć udział w festynie
w Bobrownikach, organizowanym przez firmę Farm Frites z Lęborka. Trasę pieszą
zaplanował "Chudy Marek", z Damnicy przez lasy do Bobrownik /wcześniej w trakcie
wędrówek szliśmy z Damna do Damnicy szosą, gdyż nie znaliśmy tej drogi/. Szkoda
tylko, że znów pogoda nie dopisała i padało od samego rana, więc frekwencja była
licha. Ze Słupska o 9.05 autobusem NordExpress linii 105 wyjechał jedynie Mecenas,
na którego czekał przed dworcem PKP w Damnicy Marek. Zastanawialiśmy się dlaczego
nie przyjechała pani kapitan Halszka- okazało się, że była w Busku i Pacanowie gdzie
szukała jakiegoś jurnego capa. Za to Mecenas miał butelkę pieprzówki od Halszki która
wielce się przydała na trasie.. Najpierw szliśmy kilkaset metrów szosą w stronę Damna,
by następnie skręcić w prawo na leśną drogę, którą doszliśmy do mostu na rzece Łupawie.
Ponieważ rozpadało się, schroniliśmy się do drewnianej wiaty, gdzie już była trójka
wędkarzy z Gdańska, zamierzających łowić pstrągi i lipienie. Nastąpiło wzajemne
częstowanie się "chlebem i solą", było bardzo przyjemnie, ale w końcu Marek uznał,
że od tego "chleba-soli" głowa boli, więc wyruszyliśmy w dalszą drogę. Po minięciu
gospodarstwa rybackiego, oszczekiwani przez psy, napotkaliśmy Jurka z Redy, który
powrócił do Polski po wycieczce do Rzymu /tam oglądał zabytki a nie delektował się
słonymi przysmakami kuchni włoskiej jak idol Seweryna- Martin Smuggelsson/. Jurek
przyjechał rano pociągiem SKM do Strzyżyna i drogą, która zanikła na trasie doszedł do
Bobrownik, a tam postanowił wyruszyć nam naprzeciw, by się nie nudzić. W siąpiącym
deszczu, idąc już przez pola doszliśmy do Bobrownik, gdzie już w parku pałacowym trwał
festyn, prowadzony przez Mistrza Jana, z którym przyjechali Tadek "Hippis" i Jola.
Żałowaliśmy, że nie przyjechała z nimi Ewa Moorhexe z Wessling-Arschloch, ale zostawiła
ona swój telefon na działce i nie można jej było powiadomić o tej imprezie. Co prawda
wkrótce ona sama zadzwoniła i była zasmucona, że nie może być w naszym towarzystwie a
zwłaszcza opłakiwała, że nie może oglądać "rozkosznego" Janka. Podjedliśmy darmowego
jadła w postaci pierogów, ciecierzycy i pączków przyrządzonych przez koło gospodyń
wiejskich i bractwo rycerskie. Mecenas dziwił się, że nie było frytek, skoro impreza
była organizowana przez Farm Frites, ale mądry Janek wytłumaczył mu, że byłoby to głupie-
podobnie jak pracowników rzeźni nie częstuje się wędlinami, gdyż wiedzą oni z jakich
składników się one składają.. Zrobiło się tłumnie z uwagi na dużą ilość gości, więc
Jurek z Markiem i Mecenasem udali się w ustronne miejsce parku gdzie za starym dębem-
pomnikiem przyrody snuli wspomnienia ze szlaków. Gdy wspomnień stawało się coraz mniej-
poszli zwiedzać zabytkowy pałac.. Jako pierwszy, najbardziej "wyrywny" Mecenas wbiegł na
wieżę, mimo płuc przepalonych szlugami, zachwycając się widokami z wieży w pewnym momencie
przestraszył się odgłosami sapania i złowieszczych pomruków. "Duchy"! - pomyślał strwożony
Mecek.. lecz okazało się, że była to jak najbardziej cielesna postać Marka, niosącego w
plecaku resztki wspomnień. Już wspólnie wraz z Jurkiem weszli na taras widokowy, skąd
podziwiali okolice / niestety widok silosów psuł nieco krajobraz/.. Następnie Marek,
zawsze wrażliwy na ludzką krzywdę- /a w tym przypadku chodziło o Janka prowadzącego imprezę
i tym samym nie mogącego podziwiać z nami pomników przyrody/, uznał,że impreza nie może się
skończyć w Bobrownikach i zaprosił wszystkich na swoją hacjendę "U Benka" w Główczycach. Tam
też trwał festyn organizowany przez firmę Ullenberg, gdzie napotkaliśmy zasłużonych weteranów
zakładów penitencjarnych z legendarnym "Sierżantem" na czele. W takim towarzystwie nie
mieliśmy jednak ochoty przebywać więc zasiedliśmy na tarasie hacjendy, częstowani przez
Tereskę ciastem, lodami i ogórkami. Oczy Janka rozjaśniały niczym najcenniejsze brylanty
świata, gdy zobaczył zawartość torby po powrocie Marka ze sklepu- i rychło zrekompensował
sobie trudy prowadzenia imprezy w Bobrownikach. Przy akompaniamencie gitary, Tadek śpiewał
psalmy o ojcach bernardynach, Marek opowiadał zaś o pielgrzymce do Wilna, gdzie stare baby bez
przerwy się modliły do świętego Antoniego Smoleńskiego- patrona obłąkanych i wszystkich którzy
mieli wybuch trotylu w mózgach- zaś on sam w tym czasie sowicie kropił "wodą święconą". I
tak, mimo ponurej pogody i deszczu miło minęła sobota..