Data: 11.03.2017
Trasa: Gąbino- Dominek- dawną linią kolejową- Gabel- Karżcino 7 km
Prowadzący trasę: Paweł Skowroński
Liczba uczestników: 7
W ostatnich kilku miesiącach nieco zaniedbaliśmy "klasyczne" wędrówki piesze na
rzecz autokarówek i imprez turystycznych, najwyższy czas był zatem wyruszyć w
plener. Jako iż prowadzący-Mecenas, w piątek wieczorem obchodził imieniny naszej
klubowiczki, prokurator Beaty na hacjendzie "U Zerwana" w Gąbinie i planował
zostać tam na noc, zaplanował właśnie stamtąd początek trasy. Okazało się jednak,
że rozsądek przeważył i aby się nie "spracić" powrócił wieczorem do Słupska. Mógł
zatem w sobotę rano wyjechać z innymi- autobusem NordExpressu nr 104- razem z Jurkiem
z Redy, Andrzejem "Baranem", Ulą, drugim Andrzejem, Mariolą oraz legendarnym
"Dekoratorem"- Michałem Tubą. Wysiedliśmy w Gąbinie na skrzyżowaniu dróg i skierowaliśmy się
do wsi Dominek, do której szybko doszliśmy, bo była oddalona jedynie około kilometra
od miejsca startu. Tam nastąpił pierwszy postój- Ula częstowała czekoladą i kawą, zaś
Andrzej- regionalnym napojem, który zasmakował zwłaszcza Mecenasowi i Dekoratorowi,
miłośnikom folkloru i samorobnych przysmaków. Sam Andrzej niestety był nieszczęśliwy,
gdyż wybierał się dziś z Ulą na imprezę i musiał być w formie. Po odpoczynku weszliśmy
na nasyp dawnej kolei zwanej potocznie kiedyś "Spiritbanh"-kolej spirytusowa.
Skąd taka nazwa?- otóż znaczne fundusze na jej budowę wyłożyli właściciele okolicznych
gorzelni, aby ułatwić transport ich produktów. Od tej pory szliśmy już tylko nasypem
kolejowym, mimo pochmurnego dnia i chłodu pojawiły się już oznaki zbliżającej się
wiosny- przede wszystkim śpiewy ptaków. Las i pola rozśpiewały się rozmaitymi
ptasimi trelami, głównie słyszeliśmy skowronki i kosy, czasami z oddali rozbrzmiewał
żurawi klangor. Idąc za "szlakiem kolejowym" po pewnym czasie skręciliśmy na prawo,
wchodząc do lasu i po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy na teren dawnej stacji Gabel.
Stacja ta była przed wojną bardzo znacząca bowiem tu rozgałęziały się tory-jeden
kierował się do Dargeröse /Dargolezy/ a drugi na północ, gdzie koło Komnina był kolejny
rozjazd- w lewo do Stolpmünde /Ustka/ a w prawo do Schmolsin /Smołdzino/. Niestety po
stacji pozostały tylko fundamenty oraz dobrze zachowana wieża ciśnień, przy której
należało wykonać pamiątkowe zdjęcia. Wychodząc ze stacji, nasyp przegradzał duży paśnik
z pięterkiem, a ponieważ wzmógł się zimny wiatr, postanowiliśmy zatrzymać się tam na
dłuższy odpoczynek. Siedząc na słomie w zaciszu paśnika jedliśmy, piliśmy i gawędziliśmy.
Wspominaliśmy naszą koleżankę Ewę Moorhexe z Lęborka, która po dłuższym pobycie w kraju,
ostatnio znów wyjechała do Niemiec. Informujemy ciekawych iż przebywa ona teraz w miejscowości
Wessling-Arschloch w Bawarii /25 km od Monachium/ gdzie opiekuje się Christą Stinken- bardzo
miłą staruszką. Przede wszystkim jednak Ewa zaprzyjaźniła się z córką pani Christy- frau Suzanne
Schreck. Jej ujmujący wdzięk, gościnność, cechy charakteru przypominały Ewie sławnego Darka
Olewniczaka- "Old Firehanda" z "Cowboy Clubu". Przede wszystkim Ewa tęskni jednak za wielkim i
wspaniałym Jankiem Kiślukiem- najwybitniejszym turystą Pomorza, o którym Ewa mówi- "jest
najwybitniejszy ale i najrozkoszniejszy". Dekorator z kolei omówił wybitne talenty pedagogiczne
naszego kolegi Krzyśka Łukowca, który zajęty nauczaniem niestety od kilku miesięcy nie
uczestniczy w klubowych wędrówkach, ale mamy nadzieję, że wkrótce się pojawi, zwłaszcza, że z
uwagi na porę zimową zakończył on wypas bydła w Przewłoce. Po długiej gawędzie nadszedł czas by
wreszcie ruszyć dalej, szliśmy przez las, a następnie- przechodząc przez szosę Słupsk-Smołdzino
przez pole, gdzie na gałązkach przydrożnych drzew obserwowaliśmy pąki i bazie. Podziwiając
przyrodę, dotarliśmy do Karżcina. W pierwotnych planach mieliśmy iść dalej nasypem kolejowym do
Słupska, ale skoro część z nas postanowiła wracać z Karżcina autobusem, to i innym już się iść
nie chciało, tym bardziej, że nie byliśmy jeszcze "rozchodzeni" po zimowym sezonie. Tak więc
czekając na autobus, udaliśmy się do sklepu, gdzie Andrzej poczynił stosowne zakupy, a
Mecenas-bombonierkę, by sroga Ula nie przeszkadzała nam w konsultacjach turystycznych obok sklepu.
W międzyczasie zadzwonił do nas wspominany już sam wspaniały Janek Kiśluk, który zaprosił nas za
tydzień na "rajd pratchawców" do Leśnic i zapewnił, że choć nadal odczuwa poważną kontuzję
nogi i musi być rehabilitowany przez doktora Zenka, to pojawi się na rajdzie i otoczy nas
szczególną opieką, a także obiecał szereg atrakcji. Czekamy zatem z niecierpliwością. Dociekliwym
wyjaśniamy nazwę "rajd pratchawców"- otóż jak wiemy pratchawce pasą się na trawce, więc-zwłaszcza
pod koniec rajdu-będziemy chodzić na kolanach z nosem przy ziemi i poszukiwać różnych żyjątek.
Kto znajdzie najciekawszy okaz-otrzyma nagrodę, kto jednak zaśnie na trawce-nagrody nie dostanie..