Data: 26.11.2016
Trasa: Świdwin dworzec PKP- Brama Kamienna- Zamek Joannitów- Wieża Bismarcka-
Park Miejski- dworzec 4 km
Prowadzący trasę: Paweł Skowroński
Liczba uczestników: 3
Jak można zauważyć, ostatnio znacznie ograniczyliśmy charakter "typowych"
klubowych wędrówek, z wielu względów /zwłaszcza z uwagi na porę roku/ nie
prowadzimy ich szlakami po lasach i polach, lecz postanowiliśmy zwiedzać
nieznane nam do tej pory dalsze okolice, w szczególności miasta Pomorza
Zachodniego. Znamy oczywiście bardzo dobrze Koszalin i Białogard, kilka
tygodni temu byliśmy w Stargardzie i uroki tej wycieczki sprawiły, że teraz
postanowiliśmy zwiedzić Świdwin, w którym najcenniejszym zabytkiem jest
dobrze zachowany XIII wieczny zamek joannicki nad rzeką Regą. Niestety,
wbrew pozytywnym prognozom pogody, ta sobota okazała się chłodna i deszczowa,
aura wręcz odstraszała do wyjścia z domu. Tym niemniej, pociągiem o godzinie
8.07 do Świdwina odjechali- pani kapitan Halszka, Brygida oraz Mecenas jako
prowadzący. Po około półtorej godziny jazdy znaleźliśmy się w Świdwinie i
wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Tak, jak już wiedzieliśmy, zabytkowa
starówka została zniszczona przez Sowietów i ocalało jedynie kilka, ale za
to cennych zabytków. Idąc z dworca najpierw przeszliśmy przez XIV wieczną
miejską Bramę Kamienną, wchodząc na teren dawnej starówki /tak jak w Słupsku,
Koszalinie i w innych miastach zabudowanej blokami/. Jedynymi ciekawymi
obiektami były tam- gotycki kościół MB Nieustającej Pomocy z 1338 roku, oraz
oczywiście zamek joannicki nad rzeką Regą. Obejrzeliśmy też głaz z tablicą
poświęconą wybitnemu patologowi i antropologowi Rudolfowi Virchowowi. Przykrą
niespodzianką było to, że w soboty zarówno informacja turystyczna w zamku jak
i zabytkowe komnaty były zamknięte. Chłód coraz bardziej dokuczał, więc z
pomocą pośpieszyła Halszka, zadając sobie i innym pokażną dozę przepalanki z miodem,
limonkami i pieprzem. Opuszczając teren dawnej starówki doszliśmy do dawnego parku
miejskiego na skraju miasta. Idąc pośród omszałych drzew doszliśmy do znajdującej się
na szczycie wzgórza tzw. "Wieży Bismarcka" z 1911 r, pełniącej niegdyś funkcję punktu
widokowego, obecnie niestety zdewastowanej i zamurowanej. Wzmógł się mroźny deszcz,
konieczna zatem była kolejna porcja "pieprzówki", która tak rozgrzała Brygidę, że
aż rozszerzyły jej się nogi.. Mecenas z kolei znalazł charakterystyczne drzewo,
które z pewnością spodobałoby się Andrzejowi.. Tak- bowiem przybywanie na łonie..
natury, pan doktor Andrzejowi przepisał.. Jeszcze chwila odpoczynku nad zarośniętym
parkowym stawkiem i powrót do miasta. Wszyscy zmarzliśmy i zgłodnieliśmy, więc
udaliśmy się do restauracji w hotelu.. "Hotelik", gdzie spożyliśmy zupę gulaszową.
Dość długo czekaliśmy na zamówienie, więc po posiłku trzeba było pędzić na pociąg.
Na szczęście dotarliśmy przed czasem i mogliśmy jeszcze porozmawiać na tematy
turystyczne.. Interesowało nas zwłaszcza, jak radzi sobie nasza koleżanka Ewa
Moorhexe, która po długim pobycie w Altherrschwanzdorf i Laupheim-Altemöse,
aktualnie przebywa w dużej wiosce Kirchdorf-Altefotze niedaleko Monachium, gdzie
zajmuje się starszą panią Anną. W rozmowie telefonicznej na pytanie Mecenasa,
smutna Ewa odpowiedziała: "Ich muß sehr schmutzige Arsch frau Anne aus dreck fest
geputzen..". Musieliśmy jednak szybko skończyć rozmowę z uwagi na pociąg, którym
odjechaliśmy ze Świdwina o godzinie 12.26.