Data: 08-09.10.2016r
Trasa: Wrząca Pomorska PKP- Wrząca wieś- Ściegnica- leśne jezioro- Wrząca 10 km
Prowadzący trasę: Andrzej Strzykowski
Liczba uczestników: 4
Prawdziwy turysta trudów się nie boi- tak brzmi stare przysłowie.. Po 10 latach
istnienia naszego klubu, coraz trudniej jest planować takie trasy piesze, które
byłyby atrakcyjne dla wędrowców, z uwagi na to, że praktycznie w tym czasie
zwiedziliśmy wszystkie miejscowości w okolicach Słupska oraz przeszliśmy wszystkie
szlaki łącznie z nowym szlakiem "Pierścienia Gryfitów". W celu zapewnienia nowych
atrakcji tym razem przewidzieliśmy rajd z noclegiem w zabytkowym, starym młynie
we Wrzącej, należącym do naszego przyjaciela Piotra "Piszpunta" Rachwalskiego,
znanego nam z wycieczek drezynowych. Od razu było wiadomo, że nocleg ten jest
przewidziany dla wytrawnych turystów, bowiem w młynie nie ma łóżek i trzeba było się
przygotować na "traperskie" warunki pobytu. Nic dziwnego zatem, że w sobotę nie
było kobiet, tylko doświadczona "kadra" w osobach Marka, Andrzeja, Mecenasa oraz
wiernego sympatyka- Jurka Krajewskiego z Redy. Wyjechali oni ze Słupska pociągiem
o godzinie 11.40, nie bacząc na warunki pogodowe.. Jak wiadomo cały tydzień był
deszczowy, podobnie było w sobotę.. Z przystanku kolejowego do miejscowości Wrząca
było ok 2 km przez pola, było wietrznie i deszczowo, jednakże nie przeszkodziło to
w obserwacji pasących się stad saren i- coraz rzadszych-kuropatw. Trasa krótka, ale
byliśmy objuczeni bagażami, więc z uczuciem ulgi dotarliśmy w końcu do młyna.
Gospodarza niestety nie było, obowiązki zawodowe spowodowały, że musiał zostać we
Wrocławiu, ale sąsiadka z Wrzącej- pani Celina wręczyła nam klucze od młyna. Trochę
czasu zajęło nam szukanie zaworu od wody, oraz rozpakowanie się, a także opieka nad
małym kotkiem, który przyplątał się do nas- szkoda, że nie było z nami miłośnika kotów,
Krzyśka Łukowca.. W końcu- mimo deszczu- wyruszyliśmy na trasę, prowadzeni przez
Andrzeja. Po około 2 km doszliśmy do wsi Ściegnica z zabytkowym pałacem, szkoda tylko,
że nie można było jego zwiedzić. Dalszym celem wędrówki było leśne jezioro- około 2 km
za Ściegnicą, na południe od szosy do Sławna. Wykorzystaliśmy okazję na grzybobranie
w czym celowali zwłaszcza znakomici grzybiarze- Marek i Andrzej. Poza podgrzybkami,
maślakami i opieńkami w koszu znalazła się również "kozia broda" /szmaciak gałęzisty/-
Tereska robi pyszne pierogi właśnie z tym grzybem.. Mimo coraz bardziej wzmagającego
się deszczu dotarliśmy do jeziora, gdzie chwilę odpoczęliśmy pod wiatą. Do Ściegnicy
powróciliśmy nieco inną drogą, a tam w sklepie zakupiliśmy cebulę, sól i inne konieczne
przyprawy do wieczornej grzybowej uczty. Nieco przemoczeni i zmarznięci dotarliśmy
do młyna, wkrótce niestety musieliśmy pożegnać Jurka, który musiał powrócić do Redy
/w niedzielę wybierał się na rajd leśników/. Po oprawieniu grzybów, nastąpiła wspomniana
uczta- poza samymi grzybami, były i regionalne przysmaki które Mecenas zakupił na
agrotargach-wekowana kiełbasa czosnkowa, litewskie "sało" oraz napój winogronowy swym
smakiem i mocą przypominający "cudowny eliksir Panoramixa" z Bierkowa. Biesiada była
wspaniała, ale w końcu przyszedł czas na nocleg- z tym gorzej.. Marek ulokował się
na desce w saunie, obok był kominek więc w sumie nie zmarzł tak jak Andrzej i Mecenas,
którzy położyli się "na dechach" na parterze młyna. W nocy słychać było chrobotanie
myszy oraz innych zwierząt, trudno zatem było smacznie spać. Rankiem wstało słońce
oświetlając spowitą mgłami wieś, a ptaki rozpoczęły swą poranną pieśń.. Przy śniadaniu
i kawie rozpoczęły się pogawędki turystyczne w których celował zwłaszcza doświadczony
Andrzej. Z przejęciem słuchaliśmy z jakim trudem zdobył on odznakę krajoznawczą ziemi
konińskiej, oraz jak smakowały mu słodkie brzoskwinie i ziarna kawy na rajdzie
nauczycielskim prowadzonym przez młodą, ale doświadczoną przewodniczkę Magdę, oraz jak
jego żona Ula zachwyca się gdy przywiezie on do domu grzyby.. W odróżnieniu od soboty
było nam smutno, bowiem ciążyła perspektywa powrotu do domu.. W końcu nastąpił czas
powrotu.. Smętnie i człapiąc krok za krokiem zasmuceni weterani dotarli do przystanku
kolejowego, nie cieszyło ich nawet to, że wstało słońce.. Dopiero telefon od
najwybitniejszego turysty Pomorza- samego wielkiego i wspaniałego Jana Kiśluka- wlał otuchę
w serca strapionych wędrowców.. O godzinie 11.40 nadjechał szynobus którym dojechaliśmy
do Słupska, a gdzie Andrzej znalazł to "co mu pan doktor przepisał"..