Data: 12.03.2016r
Trasa: Strzebielino Morskie PKP- elektrownia wodna- Paraszyno- czerwonym szlakiem-
rezerwat "Wąwozy Paraszyńskie"- Góra Jelenia /221 m npm./- Bożepole Wielkie 10 km
Organizator: PTP 10612 Krzysztof Łukowiec
Prowadzący trasę: Dariusz Olewniczak "Cowboy Club" Maszewo
Liczba uczestników: 7
Przez prawie 10 lat istnienia klubu "Orły" przeszliśmy wieloma drogami i zwiedzaliśmy
niejednokrotnie te same tereny, dlatego też zarząd klubu ma coraz większe trudności z
zaplanowaniem atrakcyjnej a jednocześnie nieznanej nam trasy. Z pomocą pośpieszył
największy klubowy piechur- Krzysiek, który analizując po nocach szereg map Słupska i
okolic, wspomniał obchody rocznicy klubu w Porzeczu, gdzie też wykazał się wielką
inteligencją i pomysłowością i gdzie okrył się nieśmiertelną chwałą. W okolicach Porzecza
znajdują się urozmaicone, pagórkowate kompleksy leśne z wieloma szlakami i ścieżkami
rowerowymi, dlatego też nasz mistrz postanowił przejść się po tamtych okolicach mimo
iż nie znał on terenu. Na szczęście okazało się iż zapowiedź wędrówki spowodowała, że
uczestniczyli w niej również członkowie "Kahel Klubu" z Lęborka oraz Darek Olewniczak
z "Cowboy Clubu" w Maszewie, legenda turystyki lęborskiej, pasjonat historii i eksplorator,
najwybitniejszy uczeń sławnego Henryka "Cowboya" Żarskiego. On to, dysponując przedwojennymi
mapami stał się naszym przewodnikiem w tym dniu. Krzysiek nie spodziewał się licznej
frekwencji klubowiczów ze Słupska z uwagi na bardzo wczesną godzinę wyjazdu i rzeczywiście
oprócz niego na pociąg SKM odjeżdżający ze Słupska o godzinie 6.50 stawił się tylko Mecenas.
W Lęborku i Mostach dosiedli się do nich doborowi turyści- Tadek Krawczyk, Darek
Olewniczak, Lech Kozłowski z Ewą, zaś w Strzebielinie czekał już na nich Jurek z Redy.
Ponieważ było pochmurno i chłodno, aby się rozgrzać i uczcić spotkanie przyjaciół, Lechu
poczęstował wszystkich swoimi "własnorobnymi" a zacnymi produktami z orzechów i czarnej
porzeczki. Spod dworca w Strzebielinie wyruszyliśmy na południe, wyboistą i dziurawą drogą
asfaltową, zaś Darek wybrał się na poszukiwanie kamienia granicznego. Na początku drogi
zostaliśmy "powitani" przez kilka małych, ale zajadłych piesków, potem jednak szło się bez
przeszkód. Wkrótce po prawej stronie pojawiła się niewielka ale urokliwa elektrownia wodna
na rzece Łebie, która na tym odcinku przybierała górski charakter. Zatrzymaliśmy się tam
na chwilę, aby poczekać na Darka, a potem już wspólnie doszliśmy do Paraszyna. Po przejściu
przez most nad rzeką zatrzymaliśmy się na dłuższy popas pod wiatą. Tam powitał nas bardzo
grzeczny, kudłaty "przewodnik", zachowaniem przypominający nieco Gacka z Obliwic. Gdy Tadek
otworzył pojemnik z kiełbasą, aż skakał na ławy i stół z radości. Przeanalizowaliśmy mapy,
popróbowaliśmy lechowych specjałów, omówiliśmy plany przyszłych wędrówek. Za tydzień Mecenas
zaprasza do SPN na poszukiwania prehistorycznego lasu, a na początku kwietnia Tadek na
rozpoczęcie sezonu rowerowego w Garczynie pod Kościerzyną- gdzie on sam poprowadzi trasę
pieszą. Po biesiadzie pożegnaliśmy wyraźnie smutnego kudłatka, obejrzeliśmy zabytkowy
dworek paraszyński i przechodząc pod wielkimi dębami poszliśmy drogą na zachód. Przy
leśnej polanie, gdzie donośnym klangorem powitała nas para żurawi, szlaki rozgałęziały
się, Darek poprowadził nas czerwonym szlakiem przez bukowy las. Krajobrazy nieco
bieszczadzkie, czyli bardzo malownicze, nadto już zaczęły śpiewać ptaki, co stanowiło
oznakę zbliżającej się wiosny. Doszliśmy do rezerwatu "Wąwozy Paraszyńskie" i wspięliśmy
się na Górę Jelenią skąd rozpościerał się piękny widok na pradolinę rzeki Łeby. Ci, którzy
będą jechali pociągiem w stronę Gdańska, niech w Bożympolu spojrzą na południe, a
dostrzegą wyraźne pasmo wzgórz- tam właśnie mieści się Góra Jelenia. Schodząc z góry
przez ciekawe jary, doszliśmy do wiaty leśników przy leśniczówce Paraszynek-t am gdzie
kiedyś kończył się rajd "Stolemy". Ponieważ do pociągu zostało jeszcze sporo czasu,
zatrzymaliśmy się tam na kolejny popas. W międzyczasie skontaktowali się z nami
telefonicznie Janek i Ewa. Najwspanialszy turysta Pomorza, Janek bardzo chciał iść z nami,
ale noga mu jeszcze nie wydobrzała, więc na Jego cześć wznieśliśmy toast z okrzykiem "Nie
Mikusiński i nie Budkowski, lecz Jan Kiśluk jest turystycznym królem Polski !". Z kolei Ewa
"Moorhexe" po śmierci Alberta von Katzendreck z Altherrschwanzdorf przeniosła się do wsi
Altemöse koło Ulm, skąd ma widok na Alpy i gdzie zajmuje się 91 letnią Frau Hedwige
Schmutzigefotze. Bardzo wszystkich ucieszyło, że nasi przyjaciele o nas pamiętają, trzeba
było też upamiętnić i uświetnić ich osoby w czym wydatną pomoc świadczył tym razem Tadek.
Gawędziliśmy jeszcze długo pod wiatą, okazało się, że nasz kolega Krzysiek, poza tym, że
jest najlepszym piechurem, nauczycielem, przyrodnikiem, geologiem i mineralogiem, w wolnych
chwilach udziela się w sztukach walki NMA /czytaj "enema",nie mylić z MMA/, bowiem ukończył
szkołę walki u sensei Luizy z Koszalina. Potrafi on walczyć jedną ręką- czasami dwiema, a
jego pseudonim ringowy brzmi "Der Tolle Wichser" /"Szalony Wojownik"/. Po gawędach, nadszedł
czas powrotu, szybki marszem- bo na polach hulał zimny wiatr- doszliśmy na dworzec w Bożympolu
Wielkim, skąd Jurek odjechał do Redy a reszta- o godzinie 12.48 do Lęborka i Słupska. Ale nie
wszyscy.. bowiem przecież 10 km dla Krzyśka to tyle co nic, więc udał się pieszo do Lęborka
szlakiem "Pradoliny Rzeki Łeby" i łącznie przeszedł 26 km. Na pożegnanie zaśpiewaliśmy z
Krzyśkiem staropolską tzw "pierwszą pieśń turystyczną"- "Polszcza to jest piękny kray, hey,
muzyczko gray, gray, gray..". Za tydzień zapraszamy na rajd do SPN..