Data: 21.11.2015r
Trasa: Wielka Wieś- Dochowo- Gorzysław- Gostkowo- Michałowo 10 km
Prowadzący trasę: Maria Terefenko, Wanda Daleka
Liczba uczestników: 12
W ubiegłym roku, na początku października, uczestniczyliśmy również w wędrówce do
Michałowa, lecz wówczas startowaliśmy z Potęgowa, a pogoda była prawie jak latem.
Teraz wszyscy zastanawiali się, jak będzie obecnie, bowiem opady deszczu trwające
prawie cały tydzień nie napawały optymizmem co do soboty. Aura jednak sprawiła nam
miłą niespodziankę, o ile jeszcze ranek w Słupsku był ponury i pochmurny to już na
starcie trasy, w Wielkiej Wsi, wypogodziło się i już do końca dnia było słonecznie.
Prawdą też jednak jest i to, że wielodniowe deszcze sprawiły iż polne drogi, szliśmy,
tonęły w kałużach i błocie, dlatego też praktycznie przez większość trasy szliśmy
"błotnistym szlakiem". Autobusem NordExpressu o godzinie 9.05 ze Słupska wyjechali-
Mecenas i Andrzej, do których w Damnicy dosiedli się-Jurek Krajewski z Redy, który
po raz pierwszy przyjechał ze swoimi córkami- Justyną i Eweliną, co nas bardzo
ucieszyło, jako iż alternatywą dla nich było uczestnictwo w wędrówce KTP "Bąbelki",
klubu bardzo zasłużonego dla turystyki polskiej. W Wielkiej Wsi czekała reszta grupy- z
Wandzią, Marysią, ich koleżankami, Markiem, Teresą, oraz Krzyśkiem-który jako wybitny i
niestrudzony piechur już rano pojechał do Rumska, by na miejsce startu dotrzeć piechotą.
Wanda przedstawiła nam panią Królową która zdobyła pierwsze miejsce w konkursie wyszywanek w
Archangielsku, można też było zakupić te "konkursowe" wyszywanki, co uczynili Andrzej
z Mecenasem. Jak wspomniano na wstępie, pojawiło się słońce, więc w dobrym nastroju
rychło wyruszyliśmy na trasę. Wszyscy byli weseli, lecz najszczęśliwszym pośród nas
był Andrzej. Ula bowiem uczestniczyła dziś w spotkaniu klasowym, więc będąc bez niej na
trasie, mógł wreszcie stać się wolnym i radosnym. Mimo, iż ukończył już 60 lat, zachowywał
się jak nastolatek, podskakiwał, śpiewał a jego twarz przepajało niezmierzone szczęście..
Młodzi tego nie rozumieją, a mądrość przyjdzie dopiero po wielu latach małżeństwa,
lecz tej okrutnej męki i traumy nikomu nie życzymy. Dzisiejsza trasa wiodła, jak już
napisano, błotnistymi drogami, przez małe wioski a w zasadzie osady, gdzie były
przysłowiowe "cztery domy na krzyż"- tak właśnie było w Dochowie, Gorzysławiu,
Gostkowie /nie mylić z Gostkowem pod Bytowem/ no i w samym Michałowie. Mozolnie
forsując błotne rozlewiska, na suchym fragmencie drogi pod Gorzysławiem, musiał
nastąpić postój w trakcie którego Marek częstował uwędzonym przez siebie serem, a
Teresa-legendarną "kawą penitencjarną". Na polach obserwowaliśmy sarny, a nawet
pojawiały się żurawie, a widoki starych, śródpolnych drzew były bardzo malownicze,
zwłaszcza dzikich jabłoni, gdzie wśród bezlistnych konarów złociły się i czerwieniały
ostatnie jabłka.. W linii prostej trasa nie była długa ale niestety musieliśmy iść
"zakosami", po linii błotnistych dróg, a w pewnym momencie, po krótkim odcinku przez
las, droga się skończyła. W międzyczasie Marek z Andrzejem zdążyli nazbierać sporo
opieniek. Znaleźliśmy się na skraju pól pod Gostkowem, ogrodzonych "elektrycznym
pastuchem". Krzysiek przywołał w tym miejscu uczony pogląd Seweryna, który postulował
zastosowanie tego drutu pod napięciem do pobudzania strudzonych wędrowców po przyłożeniu
jego do pewnej części ciała.. My jednak nie zastosowaliśmy się do tego postulatu
klubowego mędrca, lecz podążyliśmy na przełaj przez pole, mijając urokliwe stawy. Z
Gostkowa doszliśmy do szosy, skąd już tylko kilkaset metrów dzieliło nas od mety czyli
hacjendy Marysi w Michałowie. Tam czekała na nas biesiada- Wanda ugotowała zupę dyniowo-
grzybowo-gęsinową, a Marysia upiekła mięso z dzika. Wszyscy się najedli, nawet i psy.
Podziwialiśmy wychowanie czarnego Ostrego, który chociaż po chuligańsku zabrał kość
Znajdusiowi /Koksikowi/ to potem świsnął kromkę chleba ze stołu, bo przecież mięso należy
jeść z chlebem. Skrzywdzonego przez kolegę Znajdka nakarmił z kolei parówkami z szynki
Mecenas, zaś o panów zadbał Zbyszek częstując regionalnym napojem. Po biesiadzie i
zwiedzeniu chlewni z prosiakami, oraz innych ciekawostek jak ustronna, drewniana piramida,
nastąpił czas pożegnania- Jurek z córkami odjechali "podwodą" na pociąg do Strzyżyna, a
Marek, Teresa, Andrzej, Mecenas i Krzysiek do hacjendy "U Benka" w Klęcinku. Szybko zapadał
zmrok i robiło się chłodno, więc Marek zadbał by chłód nie dokuczył za bardzo przyjaciołom,
a Teresa poczęstowała wędzonymi śledziami. Już w całkowitej ciemności, o godzonie 16.38
słupszczanie odjechali autobusem do Słupska, a coraz bardziej smutniejący wizją powrotu do
domu Andrzej musiał jeszcze odpowiednio się pocieszyć..