Data: 24.05.2014r
Trasa: Unieszynko dwór- Unieszynko leśny cmentarz- Karwica- rezerwat "Karwickie Źródliska"-
łąki storczykowe- Lesiaki- torfowisko- Lesiaki dawny cmentarz- Karwice 10km
Prowadząca trasę: Ewa Boniecka
Liczba uczestników: 5
Coroczne wędrówki przyrodnicze organizowane przez koleżankę z lęborskiego "Kahel Klubu"-
Ewę Boniecką są przykładem tego, że o stopniu trudności trasy nie świadczy bynajmniej liczba
przebytych kilometrów, bowiem wędrówki te są krótkie, ale wiodą z reguły po grząskim,
bagiennym terenie. Rekompensatą za to jest możliwość poznania szeregu ciekawych okazów flory
i fauny oraz przeżycia prawdziwej przygody. Spośród klubowiczów i sympatyków klubu Orły na
tą imprezę wybrali się- Andrzej "Baran", Mecenas oraz Jurek z Redy, zaś z "Kahel Klubu"-
Wojtek oraz sama prowadząca Ewa "Bagienna Wiedźma". Samochodami Wojtka i Tadka zostaliśmy
przewiezieni do Unieszynka, gdzie obejrzeliśmy stary dwór oraz dawne zabudowania folwarczne.
W dalszej kolejności planowaliśmy zwiedzenie dawnego, leśnego cmentarza ewangelickiego,
odszukanie którego stało się jednak poważnym problemem nawet dla znawcy tych terenów Wojtka a
także Mecenasa, który od lat specjalizuje się w wyszukiwaniu starych cmentarzy. W końcu
cmentarz ten znalazł.. Andrzej. Po sporządzeniu stosownej dokumentacji fotograficznej,
udaliśmy się do rezerwatu "Karwickie Źródliska", o którym to wykład wygłosiła Ewa,
przedstawiając też szereg interesujących gatunków flory, których nazwy trudno było zapamiętać
np. bluszczyk kurdybanek został zapamiętany jako kindybałek. Andrzej natomiast doskonale
zapamiętał roślinę zwaną wełnianką pochwiastą, której łany przypominały mu ekosystem wąwozu
Homole. Po zwiedzeniu rezerwatu wyruszyliśmy przez wilgotne łąki storczykowe (gdzie odnaleźliśmy
storczyki stoplamki) w stronę małej wsi Lesiaki. Po krótkim postoju w Lesiakach i przedstawieniu
historii tej miejscowości przez Ewę, wybraliśmy się na położone nieopodal torfowisko, które na
szczęście nie było zbyt podmokłe co pozwalało na jego wszechstronne zwiedzenie. Odnaleźliśmy
tam m.in. roślinę owadożerną- rosiczkę okrągłolistną, jeszcze w pełni nie wyrośniętą, ale za
to licznie występującą. Po przejściu torfowiska odwiedziliśmy mały cmentarzyk, na którym
pozostało jeszcze kilka nagrobków. Następnie Ewa poprowadziła Wojtka i Jurka na kolejną bagnistą
eskapadę, a Mecenas z Andrzejem udali się w stronę źródlisk karwickich, gdzie byliśmy umówieni
z Tadkiem. Dzień był bowiem do tej pory słoneczny i upalny, ale już po godz.14-ej pojawiły się
oznaki zbliżającego się frontu niżowego z burzami (o czym zresztą była mowa w prognozach pogody).
Trzeba było więc szybko udać się na miejsce zbiórki. Po nadejściu reszty grupy, w podmuchu
nadciągającej burzy pojawił się samochód Tadka, którym pojechaliśmy do hacjendy sławnego turysty-
Jana Kiśluka do Lęborka. Tam gościnny Janek- "primus inter pares" pośród turystycznej braci-
zaprosił nas na "chleb i sól" czyli na ucztę, na którą składały się chłodniki, pieczone ziemniaki
oraz..wigilijna kutia.. Przy muzyce i napojach, sowicie serwowanych przez gospodarza, nastąpiły
jak zwykle gawędy, w trakcie których wspominaliśmy nieobecnych z nami kolegów, żałując, że nie
mogą być z nami. Należy wspomnieć iż Marek z Teresą dziś udali się na musical zatytułowany chyba
"Grys" i wszyscy zastanawiali się o czym on jest. Po dyskusji przeważyła koncepcja, że spektakl
ten dotyczy złego stanu polskich dróg, które trzeba wysypywać grysem. Wyobraziliśmy sobie jak
chór tenorów drogowców zawodzi "O słodki grysie, ty bardzo podobasz mi się..". Spośród innych
klubowiczów na uwagę zasługuje Krzysiek, który podobnie jak my udał się na wędrówkę florystyczną,
ale w okolice Redwanek, by odnaleźć tam stanowisko wleklaka wyniosłego (Phalloides magnum)-
rośliny o długim i grubym korzeniu, który wydziela biały sok o słonym smaku, stosowany w kuchni
rzymskiej. Każdy więc ciekawie spędził dziś czas, ale najszczęśliwszym ze wszystkich był wreszcie
wolny i swobodny Andrzej, dzięki czemu jego gwiazda mogła rozbłysnąć w całej krasie na dworze
huczała burza, więc miło się biesiadowało w gronie przyjaciół, a szczęście Andrzeja mogło trwać
i trwać. W końcu jednak przyjechał ze Słupska samochodem syn Andrzeja- Wojtek, który zabrał
towarzystwo i odwiózł ich do domów m.in. Jurka podrzucił aż do Wejherowa. Ciągła ulewa i powrót
do Słupska zwiastowała koniec Andrzejowego szczęścia..