Data: 29.03.2014r
Trasa: Cecenowo- Pękalin- Wolinia- Dargoleza- rezerwat "Torfowisko Pobłockie"-
Rzuszcze 16 km
Prowadząca trasę: Wanda Daleka
Liczba uczestników: 12
Po ostatnich wędrówkach, gdzie pogoda nie dopisywała, ta sobota zapowiadała się
na ciepłą i słoneczną, nadto wizja indyczych przysmaków na hacjendzie "U Kazika"
w Rzuszczach sprawiła, że w wędrówce uczestniczyło liczne grono klubowiczów i
sympatyków klubu. Ze Słupska autobusem o godzinie 9.00 wyjechali- Marcel, Mecenas,
Lider Klubu Seweryn, Krzysiek (z reklamówką pełną "zniczy"), Halinka,Ula i Piotr
"Złoty But" z Koszalina. W Główczycach dosiedli się "dziadkowie"- Teresa i Marek
a w Cecenowie oczekiwali już Wanda z Marysią oraz Jurek z Redy, który jak
przystało na "piechura roku" dotarł na start forsownym marszem z Wicka. Zabrakło
tylko jakże oczekiwanego Andrzeja "Pieczonego Barana", który musiał dzisiaj
pracować. Wszyscy mu współczuliśmy, gdyż zaiste, okrutne i wręcz nieludzkie było
pracować w taki piękny dzień, a wędrówka tak atrakcyjna. W Cecenowie obejrzeliśmy
pałac i kościół oraz.. bocianie gniazda w których pojawili się już pierwsi
lokatorzy. Następnie Wanda poprowadziła nas przez pola i lasy do Pękalina, wbrew
pozorom nie jest to wieś lecz jedynie dawny dwór z "przyległościami". Tam nastąpił
pierwszy odpoczynek na skraju lasu przy dawnym cmentarzu rodowym. Halinka częstowała
chałką, a Teresa- sławetną "kawą penitencjarną", która- w odróżnieniu od poprzedniej
soboty- miała znacznie więcej "kawy w kawie", o co zadbał Marek, wiedzący o tym, że
kawa nie może być lurowata a musi być mocna. Łyk tej kawy pozwolił z nową energią
wyruszyć w dalszą wędrówkę, prowadziła Wanda z Marysią, tempo nadawali- niestrudzony
Jurek z Redy oraz Krzysiek "ze zniczami" zaś czujny Marcel pilnował zwartości grupy,
by nikt nie odstawał i się nie zagubił. Następnym etapem wędrówki była Wolinia z
pięknym, odnowionym pałacem znanym już nam z wędrówek lęborskiego "Kahel Klubu"
prowadzonych przez wybitnego przewodnika, Jana Kiśluka. Z Wolinii podążyliśmy polną
drogą na zachód do Dargolezy. Tam miał miejsce dłuższy postój i biesiada w "Kawiarni
U Gity" czyli na posesji pani Brygidy, koleżanki Wandy. Ciekawostką było to,że pani
Brygida mieszka na terenie dawnej stacji kolejowej Słupskiej Kolei Powiatowej, a
biesiada miała miejsce przy starym peronie. Zostaliśmy poczęstowani ciastem, kawą,
winem i nalewką winogronową, a towarzyszyła nam Sara, która w odróżnieniu od innych
ujadających przedstawicieli psiego rodu, była bardzo przyjacielska niczym Elvis
Labrador. Po miłej posiadówce trzeba było jednak wyruszyć dalej, gdyż czas naglił-
od razu powiedzmy, że dzisiejsza wędrówka w połączeniu z biesiadami trwała aż do
wieczora. Skierowaliśmy się na zachód nasypem dawnej kolei lecz rychło skręciliśmy
na północ, tak jak wynika to z tytułu wędrówki, prawdziwie "indiańską ścieżką".
Bezdrożami i na przełaj aż doszliśmy do leśnej drogi wiodącej do Przebendowa z
której po pewnym czasie "odbiliśmy" na północ i doszliśmy do rezerwatu przyrody
"Torfowisko Pobłockie". Niemiła przygoda spotkała tam Mecenasa który idąc brzegiem
leśnego potoku wpadł do bobrowej jamy, co wyglądało jakby zapadł się pod ziemię.
Rychło pośpieszyli z pomocą Marek z Marcelem, na szczęście okazało się, że nie była
ona potrzebna, żadna kontuzja nie nastąpiła oprócz tego, że po kontakcie z błotem,
spodnie Mecenasa wyglądały tak jak skarpetki Seweryna. Po zwiedzeniu rezerwatu
podążyliśmy na metę, Rzuszcze były już "na wyciągnięcie ręki", na hacjendzie "U
Kazika" czekały na nas specjały przyrządzone przez Wandę- zupa grzybowa na indyku,
barszcz, wędzone śledzie i napój ekologiczny Kazika- o wyjątkowej mocy, co odczuł
zwłaszcza Krzysiek. Po biesiadzie trzeba było przemieścić się do Główczyc, by móc
wrócić autobusem do Słupska, więc Kazik oraz Marcin swoimi samochodami zaczęli
odwozić nas na hacjendę "U Benka" do Główczyc. Jurek, Halinka i Ula zdążyli na
autobus po godzinie 17-ej a reszta musiała czekać jeszcze ok półtorej godziny. Czas
jednak miło minął, gdyż Marek wystawił to co trzeba, dla ciała i ducha, bacząc na to,
że robiło się już chłodno, dzień był bowiem słoneczny i upalny, ale o zachodzie słońca
radykalnie obniżyła się temperatura, dlatego też Marek zadbał, by nikt nie zmarzł i
nie zachorował. Do Słupska wróciliśmy już o zmroku, a Piotr "Złoty But" nie pojechał
do Koszalina, lecz udał się na nocleg do Mecenasa, gdyż w niedzielę wybierał się na
"rajd z leśniczym" w okolicach Strzebielina. Dzisiejszą wędrówkę, dzięki staraniom
Wandy, wszyscy uznali za jedną z najbardziej udanych w historii klubu..