Data: 10.11.2012r
Trasa: Sycewice- Pałowo- Pieszcz- Swołowo- Bruskowo Małe- Bierkowo- Słupsk 28 km
Prowadzący trasę: Marceli Piec
Ilość uczestników z Orłów: 6
Już po raz trzeci w tym roku wybraliśmy się na imprezę folklorystyczną do
Swołowa, do tej pory nasza trasa biegła tzw. "książęcym traktem" ze Słupska i
dalej przez Zębowo i Gac, tym razem jednak, z inicjatywy sekretarza klubu
Marcela postanowiliśmy dojść do Swołowa z innej strony, aby poznać do tej pory
nam nieznane wioski i drogi. O godzinie 8.00 autobusem do Sycewic wybrali się-
Andrzej z Ulą, Mecenas, Marcel, zaś w Sycewicach już oczekiwał Piotr "Złoty But"
z Koszalina. Po ostatnich słotnych dniach tym razem zaczęło się rozpogadzać,
więc można było zachwycać się barwami jesieni. Z Sycewic poszliśmy na północ,
najpierw przez pola a potem szosą do miejscowości Pałówko i Pałowo, gdzie
obejrzeliśmy ciekawy, zabytkowy kościół, zaś w trakcie postoju delektowaliśmy
się napojem z rajskich jabłuszek produkcji Andrzeja. Po przejściu około 7 km
dotarliśmy do dużej, ale do tej pory mało nam znanej wsi Pieszcz- tam kościół
był jeszcze ciekawszy niż w Pałowie, różnił się znacznie od typowych
neogotyckich budowli sakralnych urozmaiconą i nietypową bryłą, unikatowa była
zwłaszcza drewniana wieżyczka w bocznej kaplicy. Kierując się zarówno mapą jak
i wskazówkami miejscowych, wychodząc z Pieszcza skręciliśmy na wschód, na
szeroką, utwardzoną płytami drogę, która miała nas rzekomo doprowadzić do końca.
Było przyjemnie, choć nieco wietrznie, szliśmy pod starymi dębami,
podziwialiśmy widoki- krótko mówiąc prawie sielanka.. która jednak po ok 2 km
się skończyła, bo i..skończyła się droga.. Prowadzenie musiał przejąć po Piotrze,
który do tej pory forsownie narzucał tempo- klubowy "góral" Andrzej. Wspólnie z
Mecenasem zapuszczali się w rozmaite zakątki, aby odnaleźć najlepszą drogę, a
przy okazji, gdy Uli nie było w pobliżu-omówić problemy turystyki pieszej i jej
przewagę nad rowerową od czasu wprowadzenia w kodeksie karnym artykułu 178 a
paragraf 2. Mówiąc o znajdowaniu drogi mamy na myśli jak najkrótsze dojście do
Swołowa, bo żadnej drogi już nie było. Mozolnie przedzieraliśmy się przez
błotniste, rozmiękłe pola i zagajniki, by wreszcie, po wielu trudach wejść wprost
do wsi Swołowo. Mimo iż było dopiero kilka minut po 12-ej, zwiedzających było
już bardzo dużo, kilka razy więcej niż na wrześniowym festiwalu nalewek. Udało
nam się jednak spożyć kilka regionalnych potraw z gęsiny i dokonać zakupów-
gęsiego smalcu, omasty, pasztetów no i oczywiście nalewek. Miło wspomnieć, iż mimo
tłumu gości skansenu, klubowicze Orłów byli rozpoznawani przez sprzedających, w
związku, z czym mogliśmy nabyć prawdziwy rarytas-jabłkową nalewkę "brymuszkę",
która tak każdemu zasmakowała, że cały jej litr został już wypity przed dojściem
do Słupska. Należy wspomnieć, iż właśnie tą brymuszką powitaliśmy niczym bochnem
chleba naszą klubowiczkę Beatę i jej brata Marka ( KTP "Bieluchy" z Chełma),
którzy akurat zajechali do Swołowa. Niestety z uwagi na krótki, jesienny dzień
nie mogliśmy długo biesiadować, więc Marcel sprawnie i szybko powiódł nas w drogę
powrotną do Słupska. Mimo dobrego tempa marszu, już w Bierkowie zaczęło się
zmierzchać a do Słupska dotarliśmy o zmroku. Sokoli wzrok Piotra ( słynącego z
samotnych pieszych leśnych wędrówek nocnych bez latarki) pozwolił jednak na
szybkie i bezproblemowe dojście na osiedle Niepodległości w Słupsku, gdzie się
rozstaliśmy i rozjechaliśmy do domów.